being28
08.11.04, 18:44
www.drugawojnaswiatowa.org/forum/viewtopic.php?t=5614
TADEUSZ JACEWICZ: Z bliska
Przegrana bitwa generała
Żyjemy historią. Idziemy naprzód z głowami zwróconymi do tyłu.Nieustannie
rozgrywamy na nowo stare bitwy. Podziały polityczne sprzed 100 lat teraz
służą do prawienia sobie komplementów lub obrzucania obelgami. Budowanie
pomników jest przemysłem narodowym, burzenie tych niewłaściwych zresztą też.
Politycy rwą się do odsłaniania obelisków jak pszczoły do lipowego kwiecia.
To jest pożyteczne i miłe zajęcie,tak dla jednych, jak i drugich.
Fascynacja historią kończy się, niestety, na świętowaniu rocznic i
okazjonalnych połajankach. Czcimy granity i brązy obelisków, ignorujemy
ludzi, którzy sprawili, że można je było wznieść. Pamiętacie finałową scenę z
filmu "Dzień szakala"? Zamachowiec na generała de Gaulle'a wcielił się w
postać weterana, jak tam nazywają dawnych żołnierzy. Znoszony mundur, kule do
podpierania się, medale na piersi. W warunkach maksymalnego alertu
bezpieczeństwa tego człowieka przepuszczali policjanci i żandarmi. Salutowali
z szacunkiem, robili miejsce,
pomagali w niezdarnych ruchach. Dla nich, dla państwa, które reprezentowali,
był to bohater.
Podobnie jest w Wielkiej Brytanii i USA. Tak, tylko intensywniej i z większą
serdecznością powinno być w Polsce. Przelaliśmy jako naród więcej krwi,
walcząc o wolność niż jakikolwiek inny. Byliśmy zawsze po dobrej, szlachetnej
stronie. Powinniśmy więc kultem, opieką i pieniędzmi otaczać tych, którzy nam
jeszcze pozostali z tych strasznych czasów.
A jak jest? Podle, nędznie, upokarzająco. Kombatanci są wyciągani z naftaliny
na jakieś rocznicowe okazje, które służą nie oddaniu im hołdu za walkę, krew,
rany, tylko puszeniu się urzędasów, pchających się na oficjalne trybuny.
Chętnie odbiera się weteranom mizerne ulgi i przywileje, bo "budżet jest
napięty". O opiece nad wybitnymi ludźmi, którzy wszystko poświęcili
ojczyźnie, nikt nawet nie wspomina. Dla nich państwo nie ma czasu.
Wstrząsnął mną los wspaniałego pilota, gen. Stanisława Skalskiego. Walczył we
wrześniu 1939 r., był asem bitwy o Anglię, zestrzeliwał Niemców pęczkami.
Miał wszystkie odznaczenia, jakie bojowy pilot mógł zdobyć. Już na emeryturze
był żywą kroniką wspaniałych dni polskiego oręża, uosobieniem honoru, męstwa
i pogardy śmierci Polaków, którzy walczyli wszędzie, gdzie mogli skierować
lufę na wroga. Niewiele im z tego przyszło, ale to nie sprawą żołnierza było
rozgrywanie politycznych układanek na globusie, w których nas oszukano.
Dzisiaj ma prawie 90 lat i niewiele poza tym. Wylądował właśnie w zakładzie
opiekuńczym, jak to się teraz ładnie nazywa, bo dawniej określano to jako
przytułek. Kilka ludzkich hien, udających przyjazne osoby, okradło go z
pieniędzy i mieszkania. Siniaki, z jakimi go przywieziono, przypuszczalnie
nie pochodziły od upadku. Taki człowiek,
taki bohater, tak traktowany.
Nikomu z urzędowych patriotów, recytujących ojczyźniane slogany, nie przyszło
do głowy, żeby takim człowiekiem się zająć. Nikt nie zorganizował opieki - i
kontroli, czy przebiega właściwie. Żaden z licznych urzędników, biorących
pensję za troskę o kombatantów, nie wpadł na taki pomysł. Nie pomyśleli o nim
harcerze ani działacze PCK, ani aktywiści odbywający długie pielgrzymki.
Wreszcie największy skandal: gdzie jest wojsko, w którym w końcu generałów,
nawet w stanie spoczynku, nie liczy się na tysiące. Wszystko jest na pokaz,
wszystko na niby. Bohaterów cenimy wtedy, kiedy umrą. Wtedy stawiamy im
pomniki i organizujemy ceremonie rocznicowe. Przyjemne i użyteczne, bo można
pokazać się w telewizorze.
Kilka lat temu pożegnałem na zawsze wuja, który walczył w 1920 roku. Nie
chwalił się tym, bo władza ludowa gdzieś wyszperała to w papierach i pętał
się w PRL przez długie lata na podrzędnych posadkach. W III Rzeczpospolitej
obiecano awansować żyjących niedobitków jednej z najważniejszych wojen świata
na podporuczników. Żadnych pieniędzy
oczywiście, czysty gest. Zebrałem w tajemnicy przed nim jakieś resztki
papierów i wysłałem do urzędu. Bez śladu i odpowiedzi. Może i lepiej, bo
pewno wuj by się zdenerwował.
Mierzi mnie fałsz i nicość naszego życia publicznego. Polityka zdegenerowała
się do walki o stołki i żłób. Żadna z osobistości, od których możemy
oczekiwać rozwagi i mądrości, nawet nie usiłuje mówić o sensie społecznego
istnienia, o moralności i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. To są "niechodliwe"
tematy, więc nie ma do nich
chętnych. Tak, jak w handlu, wystawia się na wystawie towar, który idzie.
Kariery robią nie ci, którzy myślą lepiej, tylko ci, którzy głośniej krzyczą.
Ogólna wrzawa zagłusza nawet tych, którzy chcieliby działać inaczej.
Godnie, uczciwie, elegancko. Wstydzą się za swoje państwo, które zachowuje
się niegodnie. Bolą ich przypadki takie, jak osamotnionego, schorowanego
generała. Rozumiem tych ludzi, bo sam myślę podobnie.
Tylko dlaczego milczą?