Blosfelds, "Łotewski ochotnik legionu SS"

22.05.09, 14:33
cienka książeczka, 27 złotych, na jeden wieczór czytania.

**

Blosfelds został powołany do wojska wiosną 1943. Po odbyciu
szkolenia zasadniczego pełnił w różnych miejscowościach na Łotwie
służbę garnizonową na przemian z kolejnymi kursami, okresowo sam
występując jako instruktor w stosunku do powoływanych później
poborowych. Dopiero po 8 miesiącach skierowano go na front i dopiero
w styczniu 1944 pod Pskowem zaczał się jego szlak bojowy.

W porównaniu np. z Allerbergerem, którego wspomnienia niedawno były
tu omawiane, Blosfelds i jego dokonania bojowe wyglądają raczej
blado. W ciągu swoich szesnastu miesięcy na szlaku bojowym, więcej
niż połowę spędził w szpitalach jako ranny lub rekonwalescent, a
sporą część na zapleczu frontu przy różnego rodzaju pracach. Tak
naprawdę jego doświadczenia bojowe obejmują tylko 4 miesiące: walki
pod Pskowem w styczniu-lutym 1944 oraz walki na pograniczu rosyjsko-
łotewskim w lipcu-sierpniu 1944. Zdecydowanie nie jest to więc
książka, z której dowiemy się wiele o frontowych zmaganiach. Jest
jednak ciekawa, bo pokazuje losy walczących po niemieckiej stronie
Łotyszy, a przez to pomaga wyrobić sobie zdanie na temat łotewskich
formacji Waffen SS. Pisana jest przy tym z dość bezpretensjonalnej
perspektywy, niekiedy nawet zbyt trywialnej, bo sprowadzona do
poziomu kronikarskiego niemal zapisu rzadko kiedy pozwala zajrzeć w
myśli bohatera i jego kolegów. Ale może to i dobrze, być może nie
było w ogóle w co zaglądać, bo taki prosty chłopak przesadnie nie
dumał, a przynajmniej oszczędzono czytelnikowi infantylnej
historiozofii czy łzawo-tragicznych wynurzeń.

Co sądzili o Niemcach? Czy byli dla nich frontowymi przyjaciółmi,
obcymi i niechętnymi nadludźmi, czy może pół-wrogami, pogardzającymi
wschodnią hołotą? Jak odbierali łotewsko-niemieckie zawirowania
polityczne? Jak odbierali kształt przysięgi i pomocniczą rolę
łotewskich formacji, jak oceniali łotewskie pretensje i perspektywy
polityczne, na ile realna wydawała im się niepodległa Łotwa? Co
myśleli o przyszłości i losach wojny? Czy już stawiając się do
poboru byli przekonani o nieuchronności klęski, czy dopiero z czasem
rezygnacja i cynizm zastąpiły entuzjazm i optymizm? Jak silne były
ich antysowieckie motywacje, a co myśleli o Hitlerze i narodowym
socjaliźmie? Tego niemal się nie dowiemy, bo Blosfelds woli pisać o
podkradaniu ziemniaków z kopców czy podrzynaniu kur. Zresztą tak jak
w przypadku Allerbergera miałem niekiedy wrażenie że wychodzą tu
jakieś psychopatyczne skutki wojny: u Allerbergera związane z
defekacjami i okrucieństwem, u Blosfeldsa związane z głodem i
poszukiwaniem jedzenia.

Kolejna nieco denerwująca kwestia to brak sensownych informacji o
przydziałach służbowych Blosfeldsa. W całej książce opisuje się po
prostu jako „legionista”, a swoją jednostkę jako „Legion łotewski”.
Tymczasem wiadomo, że łotewskie formacje przechodziły rozmaite
przeobrażenia formalno-organizacyjne. Blosfelds nijak nie pomaga
zorientować się w tych zmianach i w swoich przydziałach. Na początku
swojej bojowej kariery zostaje przydzielony do zwykłej niemieckiej
dywizji piechoty, ale w jakim charakterze i na jakiej zasadzie? Na
końcu swojej wojskowej przygody miesiącami kopie rowy, dlaczego, czy
znalazł się w jakiś pomcniczych batalionach budowlanych? W jego
książce nie pojawia się ani razu określenie „Waffen SS”, nie
jesteśmy nawet pewni w której z dwu łotewskich dywizji, 15. czy 19.,
służył, a może w żadnej z nich? Z drugiej jednak strony, takie
podejście pozwala nam lepiej zrozumieć mentalność łotewskich
żołnierzy, których – jak z tego wynika – niewiele obchodziła
przynależność i struktura jednostek w których służyli, wystarczało
im po prostu, że służą w „legionie łotewskim”.

Ponieważ większość swojej żołnierskiej kariery Blosfelds spędził na
tyłach, jego zapiski są ciekawym źródłem informacji o szpitalach,
ośrodkach rekonwalescencyjnych, punktach ozdrowieńczych itd itp.
Miałem wrażenie, że wszystko to było bardzo dobrze zorganizowane i
funkcjonowało całkiem nieźle niemal do końca wojny. Niekiedy nawet
wydawało mi się, że Niemcy dość luksusowo traktowali swoich rannych,
bo jak na umiarkowane obrażenia i dramatyczną sytuację na froncie,
autor zdumiewająco wiele czasu spędził po szpitalach. No bo taka
sytuacja: w początkach września 1944 podczas walk na wschodniej
Łotwie Blosfelds zostaje ranny w dłoń, jest z Rygi ewakuowany
statkiem do Gdańska, jedzie pociągiem do Czech, po czym spędza całe
dwa miesiące w szpitalach. Po otrzymaniu wypiski jedzie 10 dni do
jednostki, po czym jako ozdrowieniec przypomina sobie, że ma zaległy
urlop, więc zaraz po zameldowaniu się w Bytowie prosi o niego,
dostaje, i aż do początków stycznia ma wolne, które spędza jeżdząc
pociągami po Niemczech! Zważywszy agonalną sytuację na frontach,
chyba dość dziwne. Czy to dlatego, że lepiej traktowano Waffen SS? A
może dlatego, że w jednostkach łotewskich dyscyplina była trochę
luźniejsza?

Jak pisałem, wartość książki polega na jej bezpretensjonalności, bo
opiera się na prywatnych kronikarskich zapiskach, robionych na
bieżąco. Nie wiemy na ile rodzina Blosfeldsa po jego śmierci
podrasowała te notki, usuwając lub dodając co nieco, ale chyba
niewiele. Świadczą o tym np. surowe zapiski z 1945, nudne i
mało „żołnierskie”: 17 lutego: kopiemy rowy przeciwczołgowe; 18
lutego: kopiemy rowy, ciężko bo mróz; 19 lutego: nowe normy osobowe
na wykopanie rowu; 20 lutego: dostajemy kilofy, lepiej się kopie; 21
lutego: odwiliż, kopiemy w błocie; 22 lutego: wyrobiliśmy normę
kopania do południa, 23 lutego: kopanie przerwane bo nalot.... itd
itp. Swoją drogą nie mogę zrozumieć jak to możliwe, że kompanię albo
i batalion młodych, zdrowych, wyszkolonych wojskowo, uzbrojonych i
co więcej, doświadczonych w walce żołnierzy przez 2 miesiące używano
do kopania rowów pod Szczecinem, gdy w tym czasie – a były to luty,
marzec i kwiecień 1945 – wszystko się waliło i paliło. Czyżby jednak
niemiecko dowództwo miało tak niskie mniemanie o wartości bojowej
łotewskich dywizji Waffen SS?

W sumie losy prostego, choć niegłupiego chłopaka, dość przypadkowo
zaplątanego w wojnę. Pewnie taka była większość Łotyszy w
proniemieckich formacjach. Gdyby Blosfelds dostał w swoim czasie
inny przydział, stałby się chyba członkiem jednej z tych mniej czy
bardziej zdeprawowanych łotewskich kompanii wartowniczych czy innych
einsatzkommandos, które rozsiane były po całej Europie od Normandii
po Bałkany i za którymi ciągnie się zła sława zwyrodnialców, również
u nas w Polsce, w związku z Powstaniem Warszawskim (czy mordem w
Podgajach na Wale Pomorskim, choć tu już chodzi o regularne Waffen
SS). Jego wspomnienia nie zdradzają jakiś silnych przekonań (np.
katolickich), ot, rzucało nim w te i wewte, a on starał się
dostosować i przeżyć. Pewnie w Warszawie, w atmosferze totalnego
szaleństwa, taki prosty chłopak jak on obcinał palce żeby zdjąć
obrączkę czy puszczał serie po chorych w Szpitalu Wolskim.
    • al9 wojenna gospodarka 22.05.09, 14:52
      Sam jestem ze Szczecina i interesuję się historią mojego miasta.
      Mało kto wie, Niemcy tak naprawdę nigdy nie przestawili swojej
      gospodarki całkowicie na wojenne tory. W Szczecinie są piękne, duże
      osiedla willowe budowane w latach 1943-1945, właściwie do momentu
      wkroczenia Rosjan.. Setki, tysiące domów. Nie klocki ze sztancy ale
      złożone, prywatne projekty. Były na to pieniądze. Były materiały
      budowlane, byli ludzie którzy to budowali. W środku sztukaterie,
      boazerie, letnie ogrody, altany, skomplikowane ogrodzenia. I pełna
      dokumentacja czesto równiez fotograficzna - zachowana w archiwum. i
      lata budowy np luty 44 - luty 45. Inwestor - lekarz..
      Może również dlatego Niemcy przegrali wojnę...
      • windows3.1 Szczecin i Żoliborz 25.05.09, 14:24
        i chyba to wszystko przetrwało, bo jeśli się dobrze orientuję,
        Niemcy poddali miasto bez walki. Byłem w Szczecinie raz w życiu,
        chodziłem 10 godzin zwiedzając miesto, i faktycznie zaplątałem się
        raz na takie willowe osiedle, pamiętam nieckowaty okrągły placyk ze
        skwerkiem i wokół domy, wyglądające na rezydencje adwokatów, lekarzy
        albo wojskowych. Trochę jak pruska wersja starego Żoliborza.


        • al9 Re: Szczecin i Żoliborz 25.05.09, 15:38
          dokładnie
          Żoliborz bardziej w stylu Bauhaus..
          ta część szczecina do której dotarłeś - dzis nazywa się Pogodno.
          Przed wojną - Westend - jak berliński Westend - na którym było
          wzorowane..
          Wpadnij raz jeszcze - szczecin to piękne i mało znane miasto :-)
          I coraz piękniejsze..
          Pozdr
          al
          • windows3.1 Szczecin encore 25.05.09, 16:28
            dzięki za zaproszenie. Ja do dziś czuję w nogach te chyba 20 km,
            które wówczas zrobiłem po mieście, ale żona nigdy nie była więc
            pewnie się wybierzemy.

            Najgorszy jest ten dojazd, zanim ze Szczecina dojedziesz autem do
            Warszawy to chyba zdążysz dojechać ze Szczecina do Berlina, wrócić,
            jeszcze raz pojechać do Berlina i jeszcze raz wrócić.
            • al9 Re: Szczecin encore 26.05.09, 09:52
              no pewnie
              mamy godzinkę i kwadrans do centrum Berlina
              sam jeżdzę na plażę do cesarskich kurortów nad Bałtykiem zamiast do
              Międzyzdrojów, wino i wiedeńskie kiełbaski kupuję w niemieckim
              hipermarkecie 15 km od centrum Szczecina...
              Warszawa to dla nas okropne peryferia :-))
              a naprawdę - zostaw auto i przyjeźdzaj intercity..
              Pozdro
              al
Pełna wersja