Dziś po przekroczeniu drzwi p-kola młodego 3 panie na mnie naskoczyły z tekstem: "Maks był dziś bardzo niegrzeczny! Maks.. powiedz co zrobiłeś?" Z ich min wynikało, że kogoś.. zabił, połamał, zepchnął ze zjeżdżalni. Różne miałam wizje. Pani: "Maks uciekł z placu zabaw i znalazłyśmy go dopiero pod przedszkolem. Pani A. bardzo się zdenerwowała bo go wszędzie szukała." (p-kole bez własnego placu zabaw, chodzą na osiedlowy).
Maks na mnie patrzy i mówi: "Bo chciałem pobyć sam w przedszkolu i zrobić jajeczko a potem je zjeść" (nie wiem.. nie pytajcie.. mówił to z powagą i swoją logiką

)
Byłam z lekka w szoku? Bo 3 łby na mnie patrzą i czekają aż ochrzanię syna. Ale nie bardzo wiedziałam za co? Za to, że panie go nie upilnowały i pewnie po jakimś czasie się ogarnęły, że dziecka brak (doszedł sam spory kawał- zna osiedle bo składa się ono z 5-ciu bloków).
Z młodym po wyjściu porozmawiałam, żeby się nie oddalał (on nie uciekał na zasadzie ja biegnę a ty mnie goń, ot wpadł na genialny pomysł, że sobie wróci sam a nikt go nie pilnował), co może mu się stać itd.
Ale sprawa nie daje mi spokoju. A jakby coś mu się stało? A jakby wpadł pod samochód? Matko a one głupie jeszcze zwalają winę na 2,5-latka??
Wybieram się jutro na rozmowę ale potrzebuję obiektywnej oceny.