Dziewczyny, powiedzcie bo już sama nie wiem, czy może ja za dużo wymagam od mojego syna. Taka oto sytuacja:
Rano miałam jakieś problemy żołądkowe, ale sądziłam, że już minęły i wyszłam z moim 2,5 latkiem (we wrześniu dokładnie kończy 2,5) na plac zabaw obok domu, później pooglądać pociągi na stacji PKP. Niestety na PKP poczułam, że muszę do kibelka szybko

tłumacze młodemu, że mama musi szybciutko do domku iść do toalety (wokół niestety nie było żadnych publicznych toalet) i że jak skończy to wtedy znowu wyjdziemy na spacerek i do sklepu. Niby pojął - sam poprowadził z peronu do schodów. Idziemy, zobaczył nasz blok i zaczął się szarpać w wózku, że chce na plac zabaw (znowu) - tłumacze mu znowu, że mama musi koniecznie isc do łazienki, i że jak skończy to znowu szybciutko wyjdziemy na podwórko i będziemy robili co będzie chciał. Nie pomogło. Zaczął grymasić. Pod schodami do bloku zaczął beczeć. Wyjęłam z wózka to próbował odbiegać w kierunku placu. Tłumaczę jeszcze raz, że zaraz znowu wyjdziemy, a ten tylko w ryk. Po schodach musiałam już go wnosić na 4 p. zaczął wiszczeć głośno - za karę miał siedzieć na kanapie (już wcześniej za wiski na klatce był karany w ten sposób), ja w tym czasie pognałam do kibelka. Słyszałam, jak pobiegł do swojego pokoju - położył się na łóżeczko i dalej wył, ale już ciszej i spokojniej. Wytłumaczyłam mu, co zrobił źle i że teraz byśmy znowu poszli na spacer bo mama już skorzystała z WC, ale za to że był niegrzeczny to ma karę.
Z tego wszystkiego zasnął - śpi do teraz. A ja nie wiem - może 2,5 latek jeszcze nie jest w stanie tego ogarnąć i wymagam od niego za dużo? Sama nie wiem... Wasze dzieciaki w takim wieku potrafiły to zrozumieć? Nie wydaje mi się, by mój syn był opóźniony w rozwoju - poza mową niestety - mówi zrozumiale tylko dla mnie i męża i to nie zawsze, nie buduje dłuższych wypowiedzi niż 2-3 wyrazowe, mówi bardziej dźwiękonaśladowczo.
A może macie jakieś sposoby na takie sytuacje?.