pampeliszka
24.03.06, 09:47
Za oknem świeciło takie samo słońce jak dziś, siedziałam na korytarzu w
szpitalu w Szternberku i miałam w perspektywie spędzenie całych Świąt
Wielkanocnych w tym upiornym miejscu. Czekałam, az przyjedzie mój mąz z
kumplem i ustalimy, kiedy pojadą do Polski po pysznośći wielkanocne mojej
tesciowej.
Miałam za sobą dwa dłuuugie i nuuuudne tygodnie, z mierzeniem teplotki o 6
rano, "tjukaniem" (KTG), ogladaniem Małgosi przynajmniej raz dziennie na
ekranie i zabawą w odmierzanie jednostek czasu wzorem H.Granta z "About a
boy".Nigdzie chyba czas nie stoi w miejscu tak, jak w szpitalu. Pocieszałam
się obrzydliwie kosztem moich kolezanek z sali, ktore mialy w perspektywie
pozostanie w tym szpitalu az do czerwca i zazdrosciły mi okrutnie, że mam
jeszcze "tylko" tydzien.
I tak sobie siedziałam, az poprosiła mnie siostra do primarza (ordynator), ten
mnie zbadal po raz setny i mowi, czy nie mam nic przeciwko temu, zeby Malgosie
wyjąc jutro. Bo juz jest duza, a podczas swiat w szpitalu prawie nikogo nie
bedzie, a ryzyko, ze mloda sie zacznie za wczesnie pchac na swiat jest spore.
Myslalam, ze zwariuje ze szczescia. Nie wiem, czy ktos sie tak cieszył na
operacje jak ja.