magiczna_marta
27.09.08, 18:18
Miejsce akcji: plac zabaw
Mój prawie dwulatek biega jak niezaganiany, w końcu obrał cel,
biegnie w kierunku huśtającego się na huśtawce dziecka. Przed samymi
butami udało mi się go dorwać, bo oczywiście wołanie po imieniu,
darcie japy żeby się zatrzymał nie dało żadnego rezultatu (reszta
osób na placu patrzyło na mnie jak na wariatkę, moje dziecko nawet
wzroku nie odwróciło w moim kierunku). Wzięłam na bok, tłumaczę jak
krowie na rowie, nic, ryki, wyrywanie się, puściłam go, pod huśtawkę
z powrotem biegiem, jakby rekord świata chciał pobić, znowu go
dorwałam, znów tłumaczę, wnowu wyrywanie się, ryki jakbym go zatłuc
chciała. Nie reaguje kompletnie na nic, nikogo nie słucha, wasze
dzieci też tak mają, bo mnie powoli szlag jasny trafia. Po 5 czy 6
takich podejściach wkur*wiłam się wzięłam go pod pachę (bo
oczywiście wyprowadzić się nie dał z placu zabaw) i do domu, w taki
oto sposób najczęściej kończą się wyjścia z domu bez wózka. Z
wózkiem jeszcze lepiej bo drze się tak jakby go ze skóry obdzierano.
Mam dość, chwilami mam ochotę wystawić go za drzwi żeby go sobie
ktoś zabrał, a z drugiej strony jak coś chce to lukier płynie
strumieniami, i potrafi buzi przyjść i dać, ale jak na dwór wyjdzie
to szatan w niego wstępuje. Wasze dzieci też tak mają czy mi się
jakiś egzemplarz trafił?