JAk w temacie. Moja corka ma 2 latka, a czasami wydaje mi sie jeszcze taka glupiutka jak wtedy gdy miala roczek czy poltora. Niby rozumie wszystko co sie do niej mowi, ale czesto zachowuje sie tak, jakby w ogole nie rozumiala. Przyklad: po sto razy tlumacze jej, ze czegos nie wolno robic, tlumacze dlaczego. Mam taka szafke, gdzie musze trzymac garnki i tej szafki nie da sie zablokowac. Mloda juz nieraz zrzucila sobie na nogi patelnie i plakala, ze boli. Tlumacze jej wiec, ze tam nie wolno, ze moze sobie zrobic aua, ze bedzie bolalo itd. Wyslucha, pokiwa glowa ze rozumie, przytuli sie. Po czym za ktoryms razem znowu pojdzie do tej szafki i wywali kolejna patelnie czy miske.AAA! Wywalanie wszystkiego z szuflad to norma, wiekszosc mam poblokowanych, ale wszystkich sie nie da. Nie ma dnia by cora nei zrobila demolki z jakiejs szafie czy szufladzie - wszystko sru na podloge i ona sie w tym bawi. Tlumacze, zakazuje. Ona swoje. Co to jest? Przekora?
Na spacerach ucieka ode mnie w przeciwna strone. Jeszcze 2-3 miesiace temu uwazala bardzo jak jechal samochod, czy ktos szedl, czy widziala jakies zwierze - leciala do mnie bo sie bala. Teraz pcha sie prosto niebezpieczenstwu w ramiona.
Proby wlozenia ja do wozka koncza sie wrzaskiem, placzem, i wiciem sie jak piskorz w ukropie. No wiec chodzimy bez wozka - oczywsicie nigdzie dalej nie pojdziemy bo mloda musi po drodze wyzbierac wszystkie syfy z chodnika i uciec ode mnie sto razy.
Proby ubrania jej, zalozenia butow, zmiany pieluszki - to samo. Karmienie - jazda na maksa. Ona chce wszystko sama. Ok, to co umie robic pozwalam jej, je wiekszosc posilkow juz sama, ale nie umie jeszcze jesc ladnie lyzka, zalewa sie, wylewa na podloge. Ale nie daje sobie nic pomoc, wiec czesto nic nie zjada. Wszystko sama, a jakakolwiek proba mojej interwencji konczy sie placzem i wrzaskiem. Kolejna jazda jest jak ja lub maz cos jemu lub pijemy. Wrzask i tupanie nogami jak nie damy gryza czy lyka. No ale przeciez nie bede codziennie dawac lyka kawy 2-latce, czasem tez chcialabym zjesc cos slodkiego a ona na widok ciastka czy czekolady szalu dostaje (mimo ze dostaje swoje dzieciowe slodycze). Nie mamy mozliwosci nawet sie schowac przed nia by wypic spokojnie kawe czy zjesc cos, bo dobija sie do drzwi i placze, ze ktos tam cos je i jej nie da

. To wszystko jest nagminne mniej wiecej odkad corka skonczyla poltora roku.
Nie wiem juz co robie zle. Staram sie byc konsekwentna, ciepliwa, spokojna, poswiecam malej duzo czasu. Sporo czasu spedza na powietrzu, ogladamy i czytamy calymi dniami razem ksiazeczki, bawimy sie lalkami i misiami, ukladamy klocki. Rozmawiam z nia i na wesolo, i na powaznie. Tlumacze dlaczego czegos nie wolno, prosze, a mloda poslucha, pokiwa glowka, powie ze rozumie i znowu robi to samo. | znowu ucieka, znowu nie daje sie ubrac, znowu rzuca sie na podloge jak powiem ze nie dam jej kawy. Kolejna jazda jest jak znikamy z jej pola widzenia - ja albo maz. Jesli jest zajeta czyms z drugim rodzicem to OK, np. wyjscia do pracy sa bezproblemowe. Ale wystarczy juz ze nie jest w danym momencie niczym zaaferowana a ja np. pojde do kuchni - mloda juz za mna leci, wiesza sie moich nog, chce na rece, wola chodz, chce sie bawic. Jak meza nie ma w domu to jest masakra. Nie moge sama pojsc do lazienki bo sie dobija do drzwi, nie moge nic zrobic bo chce wszystko robic ze mna. Jesli tak wyglada bunt dwulatka i lek separacyjny, to ona ma ten bunt i lek od mniej wiecej 17 miesiaca zycia

. Od babc i doswiadczonych mam ciagle tylko slysze, zeby sie nie martwic, bo to juz niedlugo... bo "to ten najciezy okres itd". I zaczynam wnioskowac, ze dzieci chyba ciagle maja najciezy okres - od momentu jak zaczynaja raczkowac