lipsmacker
29.09.09, 22:52
Starsze dziecie idzie w tym roku szkolnym do komunii, zaczynam
zalowac ze nie zaplanowalismy przeprowadzki do Polski po tej
szczesliwej okazji zamiast przed. Mielibysmy 3 miesiace
coniedzielnych popoludniowych nauk , tymczasem mamy caly rok
obowiazkowo z rodzicami na 9ta rano w niedziele. "Rodzice maja sie
oprzec pokusie wyspania sie raz w tygodniu" zarzadzil ksiadz. Do
tego wlasnie doszly rozance czwartkowe "nieobowiazkowe, ale mysle ze
kazdy bedzie chcial". Tak wiec mamy zrezygnowac z wszystkich
weekendowych wyjazdow w tym roku i poprzestawiac sobie zajecia
pozalekcyjne ktore koliduja ze spotkaniami rozancowymi. Podejrzewam
ze jakos to przezyje, ale nie w tym kwestia.
Uwazam sie za katoliczke, aczkolwiek pretendowanie do tego tytulu
przez cale moje zycie uslane jest murami w ktore wale lbem. Lubie
chodzic do kosciola wtedy kiedy jest pusty albo jest w nim garstka
modlacych sie, lubie siedziec lub kleczec wtedy i rozmawiac z
Bogiem. Nie lubie mszy niemodernizowanych od wiekow, nudnych jak
flaki z olejem, wysluchiwanych w tlumie nie zawsze domytych
dewotek. Nie zgadzam sie spowiadac sie ksiedzu, wychodze z
zalozenia ze Bog i tak wie co zrobilam. Teraz bede do tego
zmuszona, bedzie to farsa bo nie bede sie przeciez wynaturzac przed
obcym facetem ktory sam grzeszy na lewo i prawo.
A rownoczesnie nie chce odbierac swojemu dziecku komunii. Jest
zafascynowany nauka i opowiescmi o Bogu, sam chce chodzic do tego
kosciola i isc do komunii.
Dlatego zaluje ze nie poszedl do komunii tam gdzie byl chrzczony -
gdzie liczylo sie dziecko a nie to co robia lub nie robia rodzice.