alicjabeata
30.12.09, 00:46
witam.
nick tymczasowy - założony tylko na potrzeby tego wątku.
nie, nie jestem trollem tylko mam mętlik w głowie.
mam 30 lat i brak chęci posiadania dzieci. od jakiegoś czasu obserwuję u
siebie zmianę, że o ile wcześniej dzieci mnie denerwowały to teraz po prostu
się ich boję, nie umiem z nimi się bawić, rozmawiać, itp.
mój gin mówi, że w ciągu tego roku mam się zdecydować: albo w jedną stronę
(czyli decyduję się na bezdzietność i on umywa ręce jak mi się odwidzi za
jakiś czas i będą problemy z zajściem w ciążę) albo w drugą (czyli zaczynam
starania w ciągu tego roku).
generalnie widzę całą masę problemów przy decyzji na tak. abstrahując już od
mojej obojętności wobec dzieci i nieumiejętności współpracy z nimi (bo tu
wychodzę z założenia, że moje potencjalne dziecko nie miałoby wyjścia, byłoby
skazane na mnie i jakoś byśmy się zrozumieli i współpracowali), o tyle taka
decyzja to dopiero początek problemów (poród we wrocławiu to jakaś masakra,
brak dobrego OIOMU noworodkowego, brak doświadczonych lekarzy na intensywnej
terapii noworodka --> wniosek - od 6 miesiąca przeprowadzka do warszawy).
później kolejne: znalezienie rozsądnej opiekunki to jest duży problem (na
żłobek ani na przedszkole nie ma szans, przedszkole byłoby prywatne),
mieszkanie mam nieduże - 2 pokoje (bez kredytu), chcę budować dom a wydatki
związane z ciążą i porodem z pewnością odwleką budowę. uważam, że moje
dziecko= mój problem (no i TŻ oczywiście), więc darmowa opieka babć i dziadków
jest nie do przyjęcia. mam sporo różnych dziwactw, które nie są tolerowane
przez rodzinę (teksty typu "nie jadła czekolady tylko przewróciła się w
czekoladę i dlatego jest umazana" już w tej rodzinie miały miejsce) więc
praktycznie skazana byłabym na opiekę własną + "obcych". kolejne problemy
(poza zdrowotnymi i wychowawczymi) to żywnościowe (jak w dużym mieście
uchronić przed mcdonaldsem), edukacyjne (poziom nauczania jest żenujący) +
cała masa innych.
ustalenia z TŻ były takie, że dzieci mieć nie chcemy. on jednak jest
normalniejszy i umie z dziećmi postępować i uważa, że gdyby tabletki nam nie
zadziałały z jakichś względów (zatrucie, biegunka, itp.) to nie byłby to
problem. wiem, że gdybym ja powiedziała że chcę dzieci to on nie stawiałby
jakichś specjalnych przeszkód.
sytuacja zawodowa jest do zniesienia, mam etat + 3 stałe zlecenia + własną
działalność.
teraz pytanie: czy moja zmiana z wrogości do obojętności może oznaczać
budzenie się instynktu macierzyńskiego?
czy przesadzam (jak to wiecznie słyszę) z moim planowaniem?
czy ktoś tak miał, że odmieniło mu się po 30 roku życia?
dzięki
ala