Mam problem z psem sąsiadki i nie umiem sobie pomóc. Historia jest długa, postaram się ją w miarę klarownie przedstawić:
Mieszkamy w 3 rodziny w jednej klatce. Ja na 1 piętrze, sąsiedzi na 2 a 3 sąsiadka na parterze. Mieszkanie ma wspólną ziemię i każdy z nas ma tam swój kącik. Taka mała kamienica. Stosunki są bardzo serdecznie, ogólnie jest ok.
Sąsiadka z parteru wzięła rok temu psa ze schroniska. Pies został znaleziony na ulicy, rok był w schronisku aż trafił do sąsiadki. Nic nie wiadomo o jego przeszłości. Przez rok się adoptował i zaczął pokazywać pazurki.
To duża rasa, która jest wykorzystywana do pilnowania owiec, itp. Pies wizerunkowo odstrasza potencjalnych złodziei ( jest duży), biega sobie po ogrodzie.
Wszystko byłoby ok, gdyby nie to że od początku nie pałał do mojego męża sympatią. Bal się. Jeszcze w tamtym roku mąż mógł koło niego przejść a pies albo kulił się i zwiewał albo szczekał. Bardzo prawdopodobne, że bił bity przez poprzedniego właściciela, który najwyraźniej był podobny do męża. Teraz po roku pies poczuł się jak u siebie i zaczął atakować mojego męża. Nie może on wyjść z domu na klatkę jak pies sobie siedzi, bo zaraz go atakuje. Gdy wychodzi z córką-przedszkolanką,szczeka na nich oboje. Moja córka się go boi już teraz. Mało tego-olewa wszystkich i nikogo się nie słucha. Jego właścicelka nie jest w stanie zaciągnąć go do domu. To co się dzieje rano na klatce schodowej jest nie do opisania. Jazgot, płacz dziecka. Mój mąż się wkurza niesłychanie, no bo ileż można wytrzymać.
Do tego psiak bezczelnie przekracza granicę intymności-jeśli można to tak nazwać. Jest nachalny. Nie można koło niego stanąć, bo zaraz popycha mnie mordą, trąca mnie po nogach. Odsuwam się i mowię nie wolno a on ma wszystkich gdzieś. Podchodzi do mnie i mnie popycha. No i muszę mu ulec i się przesunąć, a on nadal do mnie podchodzi. Tak jakby chciał pokazać kto tu rządzi. No tak, on tu rządzi. Każde wyjście jest podporządkowane temu gdzie akurat przebywa pies. Mój mąż chodzi i wygląda, czy go nie przyatakuje. Dzisiaj doszło do niebezpiecznej sytuacji-Z domu wyszedł mój mąż a zza rogu wyskoczył na niego pies. Mój mąż zdążył uciec za furtkę i uniknąć kolejnego ugryzienia, w tym czasie jego właścicielka próbowała go złapać, ale to okazało się niewykonalne zatrzymać w biegu 50 kilo, pies ją pociągnął za sobą, ona spadła na schody dość boleśnie się kalecząc. całe szczęście że moje dziecko było daleko, bo zostałoby boleśnie poturbowane.
Jestem zmęczona tą sytuacją. Tym pilnowaniem gdzie jest pies, tłumaczeniem dziecku i wysiłkami mającymi na celu zmniejsznie jej lęku, tej zabawy w chowanego-gdzie jest pies i czy wyskoczy zza rogu i ugryzie męża, a może i mnie? No i tą jego nachalnością i przepychaniem mnie z kąta w kąt.
Jak sobie radzić z sytuacją? Pomóżcie.
Dodam, że ja nie mam psa, nie znam się na psach i jestem bezradna