epistilbit
20.10.10, 20:49
Dziś skończyłam wcześniej pracę. Zapakowałam syna w auto i dalej do centrum pozałatwiać zaległe sprawy. Czekał nas wybór zimowiska, kupno butów, wycieczka do kina, jego basen, mój angielski. Pomiędzy jedną a dziesiąta sprawą poszliśmy do cukierni. Dla mnie kawa i eklerek, dla syna sok i ulubione ciacho. Jemu, jemy, a tu wchodzi do cukierni kobieta z dzieckiem - na oko babcia, a wnuczek +- równolatek mojego. Biednie ubrani, jacyś tacy potargani, niedomyci, z worami i siatkami złomu. Babcia pertraktuje ze sprzedawczynią, czy nie ma może czegoś starego do wyrzucenia, ona chętnie weźmie, bo są głodni... Sprzedawczyni kręci nosem, ale idzie po właściciela. Tenże właściciel mówi, że z wczoraj mają naddatki - idzie pakować. Wzrok wnuczka pada na mojego syna, a konkretnie na ciastko z jabłkiem. Babcia pyta, czy wnuk mógłby dostać takie samo. Po minach widać, że to nadwyręża cierpliwość sprzedawczyni. Ja wstaję i mówię, że zapłacę. Płacę, jedzenie staje mi w gardle i wychodzę.
Kurzę dziś jedną fajkę za drugą i nie mogę się pozbierać. Wiem, ze całego świata nie zbawię, nawet nie próbuję. Ale to ja kiedyś byłam umorusanym, głodnym, zaniedbanym dzieckiem. Patrzyłam na koleżanki z normalnych domów, co noc zadawałam sobie pytanie dlaczego i chciałam umrzeć. O ile dorośli często ponoszą konsekwencję swoich wyborów, o tyle dzieci cierpią niewinnie. A bieda boli jak cholera.