Niedawno zrobiłam prawko, jeżdżę odpukać nawet ok. Gorzej mam z wjazdem na plac pod domem - z górki, wąziutko i wjeżdżam tyłem z bardzo wązkiej uliczki. Czasem porządnie się namęczę, ale juz jest coraz lepiej (auto bez zarysowań

. Na przeciwko mieszkają sąsiedzi i kiedy bym nie przyjechała, oni zawsze stoją w oknie i obserwują czy aby nie walnę w ogrodzenie. Obojętnie która godzina, ja zawsze mam widownię. Któregoś dnia od rana wszystko mi się waliło na głowę, po długim i wkurzającym dniu czekał mnie jeszcze nieszczęsny wjazd na plac i wszystko by było ok, gdybym znowu nie zobaczyła ciekawskich twarzy w oknie u sąsiadów. Spokojnie więc wjechałam, po czym wyszłam z samochodu, pomachałam sąsiadom i piękinie się ukłoniłam. Widowisko chyba musi mieć jakieś zakończenie. Od tej pory widownia zniknęła. Szkoda tylko, że wraz z nią nie odzywa się do mnie połowa ulicy - większość to jedna rodzina w kilku domach. Moje dzieci bawiły się z ich dziećmi, a teraz jak jestem na dworze, każdy odwraca głowę obrażony. Zaczynam myśleć, że dosyć głupio się zachowałam, ale to był impuls. Jak z tego wybrnąć i czy wogóle?
Napiszcie co myślicie. Dzięki i pozdrawiam.