Nie jestem matką czerpiącą satysfakcję z "a nie mówiłam", ale... uduszę, jak słowo daję!!!
Moja pierworodna ma słabość do wszystkiego, co ma cztery łapy i choć odrobinę sierści. I o niestety, nie jest to pluszak na półce

Prosiłam, tłumaczyłam, żeby swoją wylewność ograniczyła do własnego czworonoga oraz zaprzyjaźnionych futrzaków sąsiadów. Grochem o ścianę.
Dziś dostała drugą dawkę szczepionki przeciwko wściekliźnie, bo pogryzł i podrapał ją kot z gatunku "wikt i opierunek od czasu do czasu u przyjaznych ludzi", który weterynarza w życiu na oczy nie widział. W dodatku sierściuch pojawia się "u właścicieli" bardzo nieregularnie, co uniemożliwia złapanie drania i poddanie obserwacji weterynaryjnej.
Zamiast z kotem do weta - jeżdżę więc z młodą do poradni chorób zakaźnych. I dostaję piany na ustach, kiedy dziecię zapewnia mnie z uśmiechem, że "już prawie nie boli i chyba szczepienia w końcu polubię!!!" ...
Wygadać się chciałam i do delikatnej porażki przy okazji przyznać
P.S. przez długi czas walczyłam też, żeby jeździła na rowerze w kasku na głowie. Dowiedziałam się, że to obciach. Skończyło się na wstrząsie mózgu. A nie mówiłam???