Chyba mysle nieracjonalnie, emocje przycmily mi chyba rozum...co o tym sadzicie?. Moze bezpodstawnie sie czepiam?. Juz pisze w czym rzecz:
Na poczatku tygodnia zapisalam sie na dzis do fryzjera- stylisty (takie terminy). Maz zaakceptowal godzine mojego wyjscia (mial zajmowac sie wowczas synkiem). Wczoraj okazalo sie, ze jego ojciec wraca z delegacji i musi po niego pojechac. Gdy wrocil podjelam rozmowe na temat jego opieki na dzieckiem w czasie gdy bede u fryzjera. Odpowiedzial, ze niestety ale sie nie wyrobi. "Moze zadzwon po mamusie?".. No zesz..wscieklam sie jak diabli!. Odpowiedzialam: "To Ty po ojca w delegacje latasz, a dzieckiem na chwile nie mozesz sie zajac?".
No i maz sie wygadal...ze ojciec w szpitalu lezy, po operacji jest itd. Okazalo sie, ze zarowno maz jak i jego rodzina od przeszlo miesiaca oklamywali mnie. Jestem zla, bo wiele razy bylam u tesciow, nikt nie "puscil przyslowiowej pary z ust.." a juz moj maz to w ogole!. Nawet bylam w ten weekend (tesc juz lezal w szpitalu). Pytalam gdzie tesc i zawsze slyszalam, ze w delegacji (fakt ze czesto w nie wyjezdza wiec nie wzbudzilo to moich watpliwosci).
Najgorsze jest to, ze byla to powazna operacja, z mozliwymi komplikacjami...
Z natury jestem otwarta osoba, nienawidze obludy, ludzi dwulicowych itd...Jestem wsciekla, czuje sie ze jako synowa jestem spoza rodziny. Nie chce mi sie do nich wcale jezdzic, bo skoro mam caly czas udawac, ze nic nie wiem. Po co te klamstwa?. Robia takie tajemnice z waznych spraw.
Oczywiscie do fryzjera nie ide, dziecka w te farby nie wezme ze soba, a zostawic go nie mam z kim

. Jestem zla i na rodzine meza i na to, ze moj maz wiedzial, ze nie moze dzis zajac sie synkiem a mimo to do konca klamal. Wsciakam sie i chyba musialam to z siebie wyrzucic, bo chodze jak bomba zegarowa.
Dodam, ze nie wiem czemu tak reaguje...po prostu..