Z zasady nie przepadam jakoś za dziećmi. Tzn. nie rozczulam się przy niemowlakach, nie garnę się do wszystkich na tej planecie. Lubię swoje, ale...no nie mogę spokojnie usiedzieć jak widzę, że jakiemuś dziecku obok mnie jest źle. Że jest smutne. Od razu bym przytuliła, pogadała, dążyła do rozwiązania kłopotu - taki odruch. TTM? Tzn. czy to normalne, że generalnie na co dzień nad dziećmi nie wzdychacie, ale jak widzicie, że siedzi jakieś smutne i z problemem wypisanym na twarzy (np. znacie je ze szkoły dziecka) to macie ochotę zareagować?
Dobrze, że nie jestem nauczycielem, bo coś czuję, że za bardzo empatycznie podchodziłabym do swojej pracy