Trzy lata temu rozeszliśmy się z mężem, ale przyjaźń przetrwała, nie zerwaliśmy kontaktu.
Jakiś czas potem zaczęliśmy sie spotykać, ale już nie mieszkając razem.
To nam bardzo pasuje, ponieważ spędzamy sporo czasu wspólnie, ale tez możemy od siebie odetchnąć, w tygodniu zająć się pracą, czy swoim hobby, nie narażając się na wypominanie czy niezrozumienie z drugiej strony.
Oczywiście nie zdradzamy się, żyjemy jak normalna para, ale widujemy się w piątek-niedzielę, a przez resztę tygodnia mieszkamy oddzielnie. Oczywiście jest to elastyczne, gdy zatęsknimy do siebie np we środę to wpadamy nieraz do siebie wzajemnie na noc

Dziecko mieszka na stałe za mną, bo tu ma blisko do przedszkola, ale równie dobrze nieraz na 2-3 dni zabiera ją do siebie tata i maja wtedy czas tylko dla siebie, a ja również.
Weekendy, święta spędzamy raz u mnie, raz u niego, jak nam się chce.
Dla nas jest to idealne rozwiązanie bo po 1 dbamy o związek (nie nudzimy się sobą, nie ma monotonii, każdy prowadzi sobie dom jak chce, nie ma o to kłótni),po 2. każde z nas ma możliwość spędzenia czasu samodzielnie z córeczką, po 3. każde ma po 2-3 popołudnia/wieczory w tygodniu tylko dla siebie i nikt mu się wtedy nie wtrąca, ze np. nie pozmywane, a on zalega przed kompem, czy z książką. czy na piwie z koleżankami/kolegami, po 4. mój mąż mieszka ze starą matka,która wymaga pomocy natomiast wszyscy byśmy się tam nie zmieścili i tak.
Na starość planujemy wybudować sobie mały domek w górach, już wspólnie

Oczywiście jeżeli zachce nam się to zmienić i zamieszkać razem wcześniej, to nie ma problemu, nie tworzymy żadnych sztywnych ideologii.
Co myślicie o takim modelu? a może ktoś jeszcze żyje równie nietypowy sposób, zapraszam do dyskusji.