Temat zupełnie niezwiązany z dziećmi, ale nikt tak nie postawi do pionu jak forum emama
Mam 27 lat i właśnie rozstałam się z mężczyzną, z którym byłam przez niemal 7 lat, a przez ostatnie 4 mieszkaliśmy razem - w jego mieszkaniu. Muszę się wyprowadzić. Wybór jest następujący:
1. powrót do rodziców
plusy (aż jeden

):
- oszczędność sporej sumy pieniędzy - oczywiście bym się dokładała, robiła zakupy spożywcze, ale ponieważ rodzice pracują i nie narzekają na sytuację finansową, to raczej nie będę chcieli ode mnie brać np. 1/3 kosztów utrzymania domu, tylko mniej
minusy
- ciągła kontrola, wtrącanie się, zarządzanie moim czasem
- bezustanne kłótnie matki i ojca o jakieś duperele, nie jestem w stanie tego słuchać w spokoju
- dość daleko od centrum miasta, ale da się wytrzymać
2. wynajem mieszkania - mam już jedno na oku
plusy
- wolność i święty spokój
- super lokalizacja
minus
- kwestia finansów.
Na wynajem wydawałabym 1200 zł, a zarabiam na etacie 1900 zł netto. Zwykle dochodziły do tego jakieś fuchy i dobijałam do 2500 zł, ale ostatnio się ucięło. Może gdybym się rozejrzała, coś bym znalazła, ale nie mam pewności. Mam trochę oszczędności, ale brakuje mi pomysłu, co z nimi sensownego zrobić - niby mogę trzymać je na "czarną godzinę" lub z myślą o zakupie własnego mieszkania, ale będzie zżerać je inflacja. Może więc lepiej póki co przejadać bez żalu te 200-400 zł miesięcznie i jednocześnie szukać fuch? Nie wydaję dużo, poza jedzeniem kupuję głównie książki, prasę, ubrania i kosmetyki, chodzę do kina. Jeżdżę komunikacją miejską lub rowerem.
Aha, bardzo lubię swoją pracę i póki co nie zamierzam jej zmieniać, zresztą i tak wątpię, bym była w stanie znaleźć coś za większe pieniądze.
Czy warto "przepłacać" za święty spokój? Czy jest to skrajna głupota, jak twierdzą moi rodzice?