Czasami drobne wydarzenie przypomni w jakiej enklawie człowiek żyje.
Zmarł bardzo wiekowy krewny z rodziny jeszcze moich dziadków. Rodzinę tę na podkrakowskiej wsi ostatni raz widziałam jakieś 7 lat temu, mam bardzo miłe wakacyjne wspomnienia z dzieciństwa, ale teraz kontakt ogranicza się do telefonów świątecznych.
Na pogrzeb i stypę pojechał mój ojciec z siostrą, ja zadzwoniłam do wuja (brata zmarłego) z kondolencjami. Przy okazji zostałam zapytana m.in.: o nowe dziecko, czy się rozwiodłam, o ślub, dlaczego ślubu brak i następnie wujo zaczął mnie przekonywać o konieczności wzięcia ślubu ze względu na dziecko oraz o tym, że moją siostrę należy koniecznie wydać za mąż, bo jak to tak tyle lat i bez męża i dzieci i trzeba etc.
Nie strzeliłam telefonicznego focha, bo żałobna okoliczność to raz, a dwa - jednak mnie zatkało nieco. Wujo wiekowy, wnuków się dochował, mimo wyższego wykształcenia tradycjonalista i on z dobrej woli i serdeczności jak mniemam.
Niemniej błogosławię anonimowość dużego miasta, inną obyczajowość i brak wtrącania się.