borys314
16.04.12, 18:48
Zastanawiałem się, czy założyć do tego posta inne konto, ale stwierdziłem, że i tak łatwo byłoby mnie rozpoznać, więc nie będę się już kompromitował próbą ukrycia mojej i tak ukrytej tożsamości. To dość osobiste, więc proszę, bądźcie łaskawi.
Odkąd pamiętam, jestem perfekcjonistą. W dzieciństwie wychodziło mi to na dobre i właściwie nie miało skutków ubocznych, ale z czasem było coraz gorzej. Męczy mnie, że zawsze przygotowuję projekty na tip-top, zarwę noc, wprowadzę się w kofeinowy haj, ale dam z siebie wszystko. Męczy mnie, że zawsze muszę być ostrzyżony i starannie ubrany, że nie potrafię po prostu sięgnąć do szafy i włożyć dwóch pierwszych ciuchów, które wpadną mi w ręce. Męczy, że nie potrafię nakreślić w pośpiechu trzech zdań, że zawsze siadam do elaboratu, nawet jeśli to mail do przyjaciela. To tylko przykłady. Nie da się tak żyć. Jestem strasznie zmęczony tym ciągłym dążeniem do doskonałości w kilku dziedzinach życia. Poza tym pojawia się nowy niepokojący objaw – zwlekanie. Odkładam czasem nawet proste zadania, myśląc, że później będę w lepszej kondycji psycho-fizycznej/ bardziej wyspany/ kreatywny/ wstaw dowolne. Moja bytność na forum to prosta pochodna zwlekania z pracą. A co najśmieszniejsze, lubię swoją pracę. I wiem, że ta prokrastynacja to skutek uboczny perfekcjonizmu.
Jest jeszcze jeden skutek uboczny, dużo wcześniejszy. Przy tej ustawicznej presji, której sam siebie poddaję, oczywiste, że potrzebowałem jakiegoś wentyla bezpieczeństwa. Inaczej już dawno padłbym na zawał. Zaczęło się na studiach – trudny kierunek, wymagający staranności i pracy. Potrafiłem przez 2 miesiące spędzać codziennie po 12 godzin w bibliotece i nad projektami, a następnie przez 2 tygodnie nie byłem trzeźwy nawet przez godzinę. Nie chodziłem na zajęcia, nie spałem w domu, rozrabiałem. W tym czasie nie obowiązywały żadne zasady. A potem któregoś ranka się budziłem i po prostu wracałem na uczelnię. Nadrabiałem zaległości, wracałem do nauki. To nie był jedyny powód, ale na pewno ten tryb życia przyczynił się do tego, że w bardzo młodym wieku wykształciłem dwa dość poważne nałogi.
Teraz próbuję być superspecjalistą i superojcem. Czas na swoje przyjemności wyrywam i sztukuję. Wentyl jest nadal aktywny. W przyszłym tygodniu mój syn wyjeżdża ze swoją klasą na trzydniową wycieczkę. Założę się, że w tym czasie opuszczę 2 dni pracy, nawalę się jak messerschmitt i prześpię z kimś, z kim nie powinienem. I będzie dobrze, jeśli na tym poprzestanę – ostatnim razem zrobiłem wszystko, co powyżej, plus skręciłem sobie kostkę w pijackiej burdzie i nie pojawiłem się na ważnej prezentacji, którą sam miałem poprowadzić. Zero samokontroli. Jestem pewien, że gdybym na co dzień poluzował sobie smycz, ta dzika strona może i tak by się ujawniała, ale w dużo łagodniejszej formie. Tylko jak to zrobić?
Najgorsze, że mój perfekcjonizm jest społecznie nagradzany – moje projekty wyróżniane, mój strój i wygląd komplementowane, moja punktualność ceniona. W dodatku ludzie dobrze na mnie reagują, budzę zaufanie, potrafię ich czarować, więc za dużo mi wybaczają. Już na studiach tak było. Właściwie nigdy nie ponoszę konsekwencji moich kilkudniowych wyskoków i to mnie demoralizuje. A ja się ślizgam po cienkim lodzie z tym piciem, jestem kuszony prochami, zachowuję się bezmyślnie, nie dbam o bezpieczeństwo. Jak mnie szlag trafi, co się stanie z moim synem?
Jeśli chodzi o przyczyny mojego perfekcjonizmu, to jestem jak z książki wycięty – jedynak, bardzo dużo uwagi rodziców, wysoko postawiona poprzeczka, ojciec z prestiżowym zawodem. Co przeraża mnie najbardziej – mój syn też jest perfekcjonistą. Naprawdę robiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby mu tego nie zaszczepić – ale albo nieskutecznie, albo też ma to gdzieś w charakterze, albo spowodowały to właściwie identyczne warunki wychowania – tyle że ja starałem się zbyt wysokich poprzeczek nie stawiać, ale za to w szkole go nakręcali. Próbuję z tym u niego walczyć – namawiać, żeby odpuszczał, tłumaczyć, że nie musi być we wszystkim idealny, że wcale nie musi być idealny. Jak zainterweniować teraz, żeby to się u niego nie rozwinęło jak u mnie?
Czytałem parę książek i mnóstwo stron internetowych nt. perfekcjonizmu i prokrastynacji. Próbowałem stosować różne techniki, pomagało na krótko. Nie wiem, jak nazwać i czy jest nazwa dla przypadłości, o której mówię „Dr Jekyll & Mr Hyde”. Może ktoś coś słyszał. Czasem rada „z życia” lepiej działa, czy też lepiej do mnie trafia, dlatego tutaj piszę. Proszę, poradźcie, skomentujcie.