decyzja28
28.05.12, 07:03
Mój narzeczony chce żebyśmy się przeprowadzili do jego rodziców. Ja nie bardzo.
Teraz wynajmujemy oboje mieszkanie w mieście, gdzie skończyliśmy studia. Ja zawsze chciałam tutaj zostać - miasto jest w miarę tanie (w porównaniu z innymi) i przytulne (bo nieogromne), z dosyć szeroką ofertą rozrywkowo-kulturalną, co jest dla mnie bardzo ważne i stanowi o 'smaczku życia'. Tutaj mam też 3 bliskie koleżanki.
To tyle jeśli chodzi o plusy. Jak na panujące warunki zarabiamy całkiem dobrze - razem mamy miesięcznie ponad 5000 tysięcy złotych. Jednak koszty życia i tak nas wykańczają. Fakt, że spłacam kredyt na samochód - 400 zł miesięcznie (jeszcze tylko 2 miesiące), kolejne 400 to moje dojazdy do pracy - 40 km w jedną stronę. Oprócz tego rutynowe rzeczy jak ubezpieczenie, wymiana opon, olej, drobne naprawy też sporo wynoszą. Mieszkanie 1200 zł całość. Często robimy zakupy w biedronce, staramy się raczej oszczędzać. Nie ma szaleństw jak drogie ciuchy, fryzjer czy kosmetyczka, kosmetyki też niższa półka. Pod koniec miesiąca często musimy już liczyć się z groszem, żeby wyrobić się do następnej wypłaty.
W naszym mieście sytuacja sytuacja z pracą jest delikatnie mówiąc tragiczna. Ludzi mnóstwo, zarówno tych starszych jak i młodych po studiach. U mnie i u niego atmosfera w pracy fatalna, on już zrezygnował bo nie wytrzymał, dostał odprawę, wystarczy na jeszcze ok. 2 miesiące. Ja trafiłam do maleńkiego projektu w bardzo dużej firmie i niestety do psychopatycznej szefowej. To wulgarna prostaczka, uwielbiająca pomiatać ludźmi.
Trafiłam tam po tym jak nie przedłużono mi umowy w pracy za granicą (bardzo chciałam wrócić do Polski), następnej szukałam przez 8 (sic!) miesięcy. W międzyczasie imałam się różnych zajęć, czasami poniżej kwalifikacji, które umożliwiały mi zatrzymanie się w 'moim' mieście na dłużej aby tylko być bliżej fajnej paczki znajomych i nie wrócić do lekko dysfunkcyjnego domu na totalnej wsi. Jak dostałam obecną pracę byłam bardzo zdesperowana, miałam już naprawdę złe myśli itp. W obecnej pracy jestem już rok. Sama praca jest fajna, ale takiej okropnej atmosfery nie widziałam ani nie odczuwałam nigdzie indziej. Czuję, że długo tam nie wytrzymam.
No i teraz jego rodzice proponują nam żebyśmy się do nich wprowadzili. Rodzice fajni, mądrzy i niekonfliktowi, dlatego w ogóle zastanawiam się nad taką opcją. Tam mielibyśmy o 2/3 mniejsze koszty życia. Jakbyśmy mieli znowu okropną sytuację w pracy to nie musielibyśmy się kurczowo jej trzymać 'bo za co będziemy żyli', tylko będziemy mogli zamienić chwilowo na coś mniej 'popłatnego' i szukać czegoś innego. Ogólnie dużo większa stabilizacja. Poza tym tam, na prowincji miałabym jeszcze większą możliwość dorabiania na boku (nauka angielskiego) niż tu gdzie jestem .
Minusy oczywiste - powstało już chyba pierdylion kawałów na temat życia z teściami, ale... najgorsze dla mnie jest to, że oni mają gospodarstwo rolne, hodują warzywa. Trzeba będzie im pomagać. N. mówi, że nic ode mnie nikt nie będzie wymagał, ja będę tylko chodziła do pracy i od czasu do czasu ugotuję obiad. Jasne - teściowa pójdzie w pole a ja będę oglądała telewizję i malowała paznokcie... Możecie zwymyślać mnie od 'wielkich dam' itp, ale poważnie na myśl o tym, że zamiast iść na siłownię, kurs tańca/języka, czy zwykły spacer/rower będę musiała zasuwać w polu robi mi się niedobrze.
Ostatnio byliśmy na urodzinach teściowej, była część rodziny, rozmowy w większości o sadzeniu i plonach, co się będzie sprzedawało a co nie... Bardzo delikatnie mówiąc nudziło mnie to i irytowało, czekałam aż impreza się skonczy. Poza tym... Czuję się tam całkiem dobrze.
Mam do wyboru - spokojne i ciche życie, stabilizacja finansowa i życiowa z teściami i polem do obrobienia w pakiecie czy niepewność jutra i nienawiść do dnia powszedniego, usranego docinkami szefowej i współpracownicy, przetykana myślami, że dłużej tego nie wytrzymam?