default
02.07.12, 10:34
Moja córka ma chłopaka (narzeczonego właściwie), z którym nie najlepiej jej się układa… On zdaje się jest typem zbliżonym do owych przemocowców psychicznych, w każdym razie na to wygląda z niektórych jej relacji. Ona twierdzi, że tak naprawdę to już go dawno nie kocha, ale jakoś zerwać z nim ostatecznie nie potrafi… I tak się szarpie. Argumentów na nie zrywanie w zasadzie nie umie przedstawić, może poza tym, że obawia się jego reakcji i reperkusji jakie będzie musiała znieść (że będzie się czepiał, nachodził, wypominał że cierpi przez nią itp.) – czego ja nie rozumiem, bo ja, skoro bym kogoś już nie kochała, to kopnęłabym w dupsko z rozmachem i g. by mnie obchodziło czy cierpi czy nie. On chyba czuje co się święci i już się „ubezpiecza”, np. napomykając, że jeśli teraz, kiedy akurat stracił pracę, ona go wyrzuci z domu, to okaże się ostatnią szują…. Typowy emocjonalny szantaż.
Coraz bardziej dojrzewam do tego, by z palantem się bezpośrednio rozmówić w krótkich żołnierskich słowach, bo kiedy kolejny raz córka płacze mi w mankiet to nóż mi się w kieszeni otwiera… Tylko zastanawiam się, jaki to ma sens, czy nie narobię jej gorszego syfu, wolałabym żeby samodzielnie tę sprawę zakończyła, ale skoro ona ciągle nie może się zdobyć na jakiś kategoryczny ruch… Sama nie wiem.
Co byście zrobiły na moim miejscu ???