malinowa_kredka
02.11.12, 12:44
Nowy nick, bo się wstydzę. Forum emama, bo wiem, że są tu mądre babki.
Piszę, żeby to z siebie wyrzucić. Może liczę tez na jakąś radę, o ile można tu coś poradzić.
Jestem samotną matką, pracuję, zarabiam. Utrzymuję się z własnych zarobków i alimentów, żyjemy skromnie, odmawiam sobie bardzo wielu rzeczy (na ogół bez większego żalu), ale dziecku niczego nie brakuje (również dzięki jego tacie). Co miesiąc odkładam niewielkie kwoty na czarną godzinę, moja praca nie jest w 100% pewna. Gdyby nie problem z rodzicami, żyłoby mi się dość spokojnie i w miarę stabilnie.
Matka nigdy nie pracowała, ojciec jest bezrobotny od kilku lat. Niby szuka, ale nie znajduje. W tym momencie mają 0 zł dochodu. Nie piją, nie palą, mają wyższe wykszt., ale po prostu są oboje skrajnie niezaradni, może też leniwi. Mają kilkadziesiąt tys. zł długów konsumpcyjnych, zaciąganych głównie na tzw. "życie". Nawet gdy ojciec bardzo dobrze zarabiał, nigdy nie zaoszczędzili nawet 100 zł, matka wydawała wszystko co do złotówki. Ja z domu rodzinnego wyszłam "goła", choć mieli ogromne możliwości by kupić mi mieszkanie (na kredyt, sama bym go od dawna spłacała, a tak muszę wynajmować). Odkąd ojciec nie pracuje są w czarnej d...ziurze. Pieniądze podkradają babci z emerytury, nie chcą iść do opieki społ (wstydzą się, zresztą "i tak pewnie nic nie dostaną"). Ale nie przeszkadza im to opłacać sobie np. kablówki. Nie chcą z niczego rezygnować, gdy proszę żeby odcięli abonament (mogą, mają go od lat) twierdzą "jeszcze nie jest aż tak źle". Mają zaległości w czynszu (mieszk. własn.), w opłatach. Wciąz próbuję z nimi rozmawiać, jak widzą dalej swoją przyszłość, na zmianę słyszę "wygramy w lotto" oraz "odkręcimy w nocy gaz i będziesz mieć spokój"... Potwornie mnie to obciąża psychicznie, choć przy nich jestem twarda i za takie gadanie dostają ochrzan. Nie wymagają ode mnie (chyba) pieniędzy na utrzymanie, po prostu im pożyczam gdy nie mają ani grosza na chleb czy gazetę (tatuś lubi sobie kupić, chociaż opłacają tez internet), zawsze mi oddają (jak wezmą babci...). Tylko raz nie oddali, ale za moją zgodą. Czasem kupuję im jedzenie.
Nasze relacje nie są od dawna bliskie, ale nie z powodów finansowych. Bardzo mnie kiedyś zawiedli, zranili, częściowo wyrzekli się mnie. Ojciec ze mną od lat nie rozmawia, mówi że nie ma córki (choć z pieniędzy nieistniejącej córki chętnie korzysta), matka stara się pomagać (np. zostaje z moim dzieckiem, gdy to zachoruje), ale zatruwa przy okazji i mnie i młodego swoim pesymizmem, nienawidzę gdy do nas przychodzi. Potrafi przy małym straszyć mnie, że się zabije. Mam ich serdecznie dość, najchętniej uciekłabym od nich na koniec świata.
Jestem potwornie rozdarta. Czuję, że z jednej strony być może powinnam ich utrzymywać (zamiast robić oszczędności na czarną godzinę, bo nie mam już z czego zrezygnować), a z drugiej bardzo nie chcę, żeby nienawidzący mnie ojciec przepuszczał na kablówkę (ja nie mam) pieniędzy, które mogłyby być jakimś zabezpieczeniem dla mnie i mojego dziecka. Boję się też, że matka naprawdę zabije którejś nocy jego i siebie, a ja będę z tym musiała żyć. Jestem potwornie, potwornie wściekła, że tak mnie obciążają, dołują, ciągną w tę swoją czarną dziurę. I to straszenie samobójstwem - nie wiem czemu to służy. Może mam wyskoczyć z kasy, żeby się nie zabijali? Tak się z tym czuję.
Do emerytury ojca jeszcze kilka lat. Babcia do tego czasu prawdopodobnie umrze, ich źródełko wyschnie. Ojciec nie znajdzie żadnej pracy, nie ma się co łudzić. Co dalej?
Dawałam im ultimatum - będę pożyczać, może nawet dawać jakieś pieniądze pod warunkiem, że załatwią sobie mops i będą SZUKAĆ pracy, oboje, aktywnie. Kiwają głowami, nie robią nic. A potem "zabijają się" bo nie ma na chleb, więc pożyczam... Błędne koło.
Co o tym myślicie? Tylko proszę, bez złośliwości (chyba, że naprawdę zasługuję). I tak mam dosyć zmartwień.