Mój narzeczony jest pracoholikiem. Wychodzi z domu przed siódmą, wraca nieraz późno w nocy, a jak wraca wcześniej to i tak pracuje do 2-3 nad ranem. W weekendy też tak pracuje, nie chce nigdzie wyjeżdżać, nawet do własnych rodziców się ostatnio nie odzywa. Do tego źle się odżywia, np. z domu wychodzi bez śniadania, myślałam, że je coś w pracy, ale nie, sam przyznał, że nie ma na to czasu i w ogóle nie chciał ciągnąć tego tematu. Na moje prośby i błagania że nie może tak dłużej być zawsze reaguje newralgicznie, że jego praca to służba, musi się wywiązać, że chce być sumienny, nic mu nie będzie, itp. Bardzo się o niego boję, tym bardziej, że dojeżdża do pracy samochodem, a spowodowanie wypadku (poza wszystkim innym) w jego zawodzie to w zasadzie koniec kariery. Do tego wszystkiego, całkiem niedawno przypadkiem znalazłam na stole jego skierowanie do kardiologa! Sprzed kilku miesięcy! Okazało się, że ma złe wyniki badań okresowych. Zupełnie to zlekceważył. Poradźcie proszę, jak z nim rozmawiać? Czy macie podobne doświadczenia? Czy jest jakiś sposób żeby zmusić pracoholika do leczenia? Dodam, że za kilka miesięcy urodzi się nasze dziecko, nie chcę, żeby zostało bez ojca. Aha, ta sytuacja ciągnie się mniej więcej od roku, odkąd awansował, wcześniej aż tak zakręcony nie był, a może tego nie zauważałam bo nie mieszkaliśmy razem