Czy sa tu dziewczyny, ktore poradzily sobie z problemem/problemami bez terapii?
I nie chodzi mi o problem typu: zlamalam paznokiec, tylko o problemy zyciowe, takie, ktore spalaja od srodka. A jesli sa, to jak sobie poradzilyscie?
Pytam,poniewaz czesto czytam lub slysze, ze ktos powinien pedem biec na terapie.Zreszta znam wiele osob, ktore na terapie chodza latami a skutek jest czasami bardzo marny

Od czego to zalezy? Od wielkosci problemu? od zadawnienia? Od braku rozwiazywania problemow na bierzaco?
Przyznam, ze przechodzilam kilka dramatycznych ,naprawde dramatycznych, sytuacji zyciowych i nigdy (nawet namawiana przez lekarza) nie skorzystalam z terapii.
Nie moge sobie tego nawet wyobrazic.Dla mnie byloby to chyba jak gwalt na mojej osobie.
Byly czasami okresy podczas tych problemow, ze ledwo wstawalam z lozka.Ale wstawalam,bo wiedzialam, ze musze.Jak ten feniks.
A moze to poprostu znaczy, ze jestem twarda osoba?
Od dluzszego czasu moj syn chodzi do psychologa, wiec musialam sie z psychologiem spotkac kilka razy osobiscie aby porozmawiac. I juz te spotkania (ktore w sumie nie dotyczyly mojej osoby) prawie odchorowalam.