A jeśli na zawsze mentalnie pozostanę właścicielem małego samochodu? - pomyślałam sobie dziś, gdy po raz kolejny dokonywałam ekwilibrystyki parkingowej tyłem parkując dość spory samochód służbowy na małym miejscu parkingowym. Pewnie wszystko się da, można przyzwyczaić się do wiecznego parkowania tyłem i 3 x większej potrzeby manewrowania, można przyzwyczaić się, że z niektórych miejsc trzeba będzie odjeżdżać z kwitkiem, bo za cholerę tą kobyłą tam nie wjadę, ale czy naprawdę warto jest kupić duży samochód na warszawskie ulice?
Ot, takie refleksje mnie naszły, bo jestem właśnie na etapie zmiany samochodu i w sumie dość zdecydowana byłam na SUVa, a teraz myślę, czy przypadkiem nie zrobię sobie tym krzywdy. Bo małym samochodem wszędzie się wjedzie, nie muszę 5 razy się zginać, żeby wjechać do wąskiego garażu podziemnego, jestem w stanie wykorzystać każdą dziurę parkingową (a że jestem szczupła w miarę, to nawet jakoś wysiądę). Pewnie do wszystkiego można się przyzwyczaić, i nawet jak kupię większy, to w końcu tak się wyćwiczę, że będę parkować jednym palcem

, w końcu do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale czy warto?
Jeżeli człowiekowi głównie podobają się małe samochody na dodatek do tego stopnia, że przejeżdżający dziś fiat 500 cabrio wywołał u mnie automatycznie niezły skręt głowy

.
Więc, czy ktoś przesiadał się z małego samochodu do dużego i był zadowolony? Nigdy nie żałował tej decyzji? Abstrahując od pojemności bagażnika, ale słonia akurat tak czy tak nie mam w planach przewozić.