Jest to kolejny fenomen, który nie do końca pojmuję. Zawsze wydawało mi się, że najwygodniejsze i najzdrowsze obuwie to takie, które ma lekkie podwyższenie pod piętą, niewielki obcas. A teraz okazuje się, że dla milionów kobiet super wygodne są baleriny, które dla mnie hm.... są powiedzmy, jakąś pomyłką obuwniczą.
Na ogół mają bardzo cienką podeszwę, pod którą czuć KAŻDE wybrzuszenie, każdy kamyczek i nierówność. Stopa nie ma żadnego podparcia, czuję, jakbym chodziła boso, co jest może fajne, ale na plaży albo na trawce, nie na miejskich chodnikach. Niby zawsze to lepiej, niż niebotyczne obcasy na co dzień (tego katowania się też nie rozumiem), ale to przegięcie w drugą stronę.
I last but not least, nie każda noga wygląda w tym dobrze. Taktak, wiem, macie gdzieś to, czy się to komuś podoba, czy nie

najgorsze są baleriny z mocno wyciętymi bokami, nawet względnie szczupła stopa wygląda w nich jak rozpłaszczony naleśnik, a jak dodatkowo sama jest szeroka, to lepiej nie mówić. Niskie i przysadziste kobiety wyglądają w tym czymś na jeszcze niższe i jeszcze bardziej przysadziste, nogi robią się króciutkie. To wbrew pozorom mało komu pasuje i śmiem twierdzić, że ładnie wyglądają w balerinkach tylko młode, wysokie, szczupłe dziewuszki.
Teraz liczne tu wielbicielki balerinek mogą mnie zakrzyczeć
Jedno wytłumaczenie rozumiem - w zalewie wszędobylskich balerin (taki sam problem, co z biodrówkami) trudno jest znaleźć ładne i wygodne pantofle na małym obcasie. Zresztą to samo jest z sandałami na idealnie płaskiej podeszwie - w nich wcale się wygodnie nie chodzi, wiem, bo sama mam kilka par - kupionych z braku laku.