przedrozwodem
18.08.13, 08:18
wczoraj postaralam sie o spokojna rozmowe z mezem. powiedzialam o frustracji zwiazanej z motorkiem w tylku bo on musi zaraz wyjsc i nie wie gdzie i czy ma czyste slipki, koszula niewyprasowana i dzieci nie maja bluz. powiedzialam ze ja musze byc codziennie w pracy na dana godzine a on na dg ma wiekszy luz. ze boli mnie jego brak pomocy i sadzilam ze jak po tych kilku latach wroce do pracy - nie przewracanie papierkow tylko dosc odpowiedzialna i bywa ze stresujaca, ale ja lubie - to obowiazkami podzielimy sie wspolnie. uslyszalam: "idz zarob tyle co ja, to pogadamy". rozplakalam sie bo to ja meza namawialam na pewne ruchy do ktorych nie byl przekonany a ktore dzis generuja mu zysk, bo sama bylam z niemowlakiem tu, pracujac do pozna, oddajac maluszka opiekunce, zeby on mogl wyjezdzac. zawsze jego rozwoj byl dla mnie wazniejszy od mojego, a dzis slysze idz zarob tyle co ja. tak jakbym dopiero wtedy mogla byc dla niego partnerem do dyskusji.