Piszę na świeżo, tuż po trzeciej (i zarazem ostatniej) randce. Pan zaeiście przystojny (maorysowaty, w moim typie!), inteligentny, wesoły. Do przed chwilą myślałam, że prawie idealny.
I teraz meritum: kto tym chłopom wmówił, że panie lecą na biednych, skrzywdzonych misiów? Pan świetny na pierwszych dwóch randkach sam z siebie, na trzeciej coś mu się popitoliło i zaczął próbować na mnie techniki NLP (tak samo jak pocahontas na mężu shellerki), dokładając do tego jeszcze: kobieta kiedyś złamała mi serce, jestem taki biedny, ciężko mi będzie zaufać i tym podobne. Ja się na pocieszycielkę po traumach z przeszłości nie piszę (ja też mam jakieś za sobą, ale nie rozkminiam po niezliczonych miesiącach tak jak rozwódki-hobbystki z RICD na przykład).
No i myślałam, że będę się dziś pukać radośnie, ale niestety została mi tylko ematka.

Dziękuję za uwagę.