zawsze-w-drodze
17.10.13, 22:04
Popołudnie, mała piekarnia w podmiejskiej miejscowości. Właściwie piekarnia połączona ze sklepikiem spożywczym, pieką na miejscu, rodzinnie i do tego sprzedają podstawowe produkty - ot kilka regałów, chłodnia - mini-sam jakby z kasą przy wejściu. W środku kilka osób kupujących, ktoś przy kasie, za kasą sprzedawczyni. Wchodzi dzieciak, na oko 10-letni, bierze z półki (a właściwie kosza) bułki, jedna mu spada na ziemię. Chłopak chce ją odłożyć do kosza - kasjerka krzyczy na niego, że ma ją natychmiast wrzucić do torby, Dzieciak czerwienieje, bez słowa wrzuca do siatki, płaci, wychodzi. Mija może minuta. Do sklepu wpada kobieta, ciągnąc za sobą dzieciaka z bułkami. Pewnie matka. Elegancka, zadbana, w płaszczu i na obcasie. Robi awanturę kasjerce, że zamiast bułkę wyrzucić i kazać chłopcu zapłacić, zmusiła go do wrzucenia jej do torby i wszystkie bułki są do wyrzucenia (bo nie wiadomo, która leżała na ziemi). Kasjerka nie pozostaje dłużna. Zaczyna się pyskówka. Jednak pani z dzieckiem szybko milknie i bierze koszyk. Wrzuca mąkę, jakieś płatki owsiane, colę w butelce. Płaci, po czym - otwiera mąkę i wysypuje kasjerce przy kasie, rozrywa torbę z płatkami i posypuje regały, a na koniec polewa tą mąkę na ziemi colą. Wszystko w kilkadziesiąt sekund. Po czym ciągnie dzieciaka za sobą do wyjścia i wychodzi. Kasjerka oniemiała, klienci - w tym ja - też. Pani z dzieckiem odjeżdża spod sklepu. Przyznam, że wciąż jestem w szoku...