komosa9
12.12.13, 20:54
Drogie emamy, wiem, że to w zasadzie nie jest wątek na to forum, ale wiem, że są tu mądre kobiety, może ktoś będzie umiał powiedzieć mi coś rozsądnego.
Od roku mieszkam u dziadków. Przed chwilą, niezapowiedziani, przyjechali tu, z innego województwa, moi rodzice. W zasadzie jestem ofiarą przemocy domowej, ostatni raz widziałam ojca rok temu, z perspektywy podłogi, gdy mnie kopał. Ja się straszliwie boję tych ludzi, więc gdy tylko zorientowałam się, że przyjechali - uciekłam do łazienki. Po ich wyjeździe, ze stresu, w tej łazience, po prostu się rozryczałam. Coś pękło i zaczęłam płakać, krzyczeć - wpadam w panikę, gdy ich widzę.
I teraz clue: dziadek, poinstruowany przez rodziców (sam z siebie nigdy się tak nie zachowuje) w odpowiednim momencie zaczął walić w drzwi łazienki i mnie przedrzeźniać: "ojojoj! O Jezu, Jezu, jakie krzyki!" na zmianę z groźbami: "spokój! cisza tam!". Te szyderstwa spowodowały, ze natychmiast się uspokoiłam - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ja wiem, że to jest element terapii, którą rodzicom (i pozostałym członkom rodziny) zalecił jakiś psycholog, sami rodzice stosowali to już wcześniej. Tylko, że ja tej terapii nie mogę wytrzymać, i po chwilowej poprawie (natychmiastowe uspokojenie) jest mi chyba gorzej. Tzn. nie mogę świadomościowo znieść faktu, że z zupełnym spokojem (spowodowanym tymi drwinami) znoszę obecność człowieka, który mnie krępował, kopał, wyrzucał na noc z domu itd.
Kiedy oni (bo robili to wcześniej też rodzice) wyśmieją mój strach - dociera do mnie, że ten strach jest śmieszny, nieadekwatny, głupi - robię się wesoła i spokojna, nawet w obecności matki. A jednocześnie świadomość tego, co ta kobieta potrafi zrobić mnie przeraża na poziomie intelektualnym. I bardzo trudno jest mi znieść ten rozstrzał między emocjami (spokój, strach jest głupi i śmieszny) a intelektem (ludzie bez hamulca moralnego, zdolni do wszystkiego).
Nic już nie rozumiem - może ja naprawdę sprawiam innym problem tym płaczem i tym moim strachem przed rodzicami? Teraz przychodzi mi do głowy, że ojciec wcale mocno mnie nie kopał, właściwie, to raczej tak dyscyplinująco, niż agresywnie (bo nie chciałam go wpuścić do pokoju i zapierałam drzwi) -a ja w tym pokoju płakałam, i to głośno - i jemu to mogło przeszkadzać, mógł się martwić o mnie - a ja nie chciałam go wpuścić, więc musiał mnie kopać, żebym puściła te cholerne drzwi... Nic już nie rozumiem, wszystko mi się miesza...