Swoją miałam w 1997 roku. Jako przewodnicząca klasy aktywnie uczestniczyłam w przygotowaniach i to, co od początku nie podlegało dyskusji, to było zaproszenie nauczycieli z osobami towarzyszącymi. Jasne było, że my, maturzyści, jesteśmy gospodarzami, a nauczyciele gośćmi. Wszystkie pozostałe funkcje, w tym porządkowe (pilnowanie, by nikt się nie upił, nie pobił, by był ciepły posiłek, czysto w wc i sprawnie działał parking) pełnili chętni rodzice. Nauczycieli lubiło się bardziej lub mniej, ale kiedy z przyjemnością przyjmowali nasze zaproszenia a potem dziękowali za wspaniałą zabawę, czuliliśmy się tacy dumni dojrzali

A dziś rozmawiam z młodymi ludźmi i słyszę "a po co w ogóle nauczyciele na studniówce"? Od rodziców maturzystów, że nauczyciele to pasibrzuchy a osoby im towarzyszące to darmozjady. Bo przecież trzeba wybrać najlepszą salę, najlepszą orkiestrę, najdroższego fryzjera. Solarium, stylista i suknia droższa od ślubnej. Oglądam film ze studniówki i ciągle słyszę o "drogich gościach" w odniesieniu do ...UCZNIÓW. Zatem pytam Was... kto jest kim? Dziś uczniowie są gośćmi na swojej studniówce? A nauczyciele? Niech płacą za siebie albo niech spadają. A co!