Mam znajomą. Kobitka koło czterdziestki, sympatyczna, życzliwa. Wykształcona, dwójka dzieci, fajny mąż. Ortodoksyjna katoliczka - piszę, bo może to ma znaczenie?
Od roku mniej więcej, może dłużej znajoma nosi w dziurze w nodze ziarno cieciorki, które sama sobie do tej dziury włożyła. Tak, wiem jak to brzmi

Twierdzi, że to oczyszcza z toksyn i leczy ewentualnego raka, a ponieważ jej ojciec zmarł na raka to jest obciążona genetycznie. Przekonuje nas - znajomych do swojej metody "leczenia", szczegółowo nas poinstruowała jak to sobie, hm, zaaplikować, zachwala że nic nie boli, że skuteczne bo przecież nie choruje (!), że warto, że każdy powinien.
Nie wstydzi się tego i nie ukrywa, wprost przeciwnie - nosi to ziarno w stale widocznym miejscu, zaklejone plastrem w taki sposób, że widać na pierwszy rzut oka.
Próbowaliśmy tłumaczyć że to, hm, niezdrowe może być taką otwartą dziurę w nodze nosić, że może zakażenie ale nic na nią nie działa. Ona jest zachwycona i nie słucha argumentów, my przestaliśmy przekonywać.
Przeraża mnie to. Już nawet nie sama metoda i sposób wykonania że się tak wyrażę ale.. wiara w coś takiego. U wykształconej osoby. Po prostu mnie przeraża. A w połączeniu z historią zatrzymanego ostatnio znachora od głodzenia dzieci - tym bardziej.
Spotkałyście się osobiście z tak hardkorowym stosowaniem w praktyce... nie wiem, nazwijmy je "alternatywnych metod leczenia i profilaktyki"?