Mam 38 lat i z tej racji w moim otoczeniu zaczęli przeważać panowie w wieku "tuż po 40ce". Koledzy z pracy, koledzy spoza pracy, rodzina, znajomi, znajomi znajomych.
Mam jedną konkluzję: strasznie mnie wkurzają. No, nie wszyscy i nie zawsze, ale w większości mają jedną cechę, której niecierpię. Moja babcia mówiła na to
głupiomądry. Chodzi o to, że są straszeni przemądrzali, nie znają się a gadają totalne farmazony jakby wszystkie rozumy zeżarli. O polityce, o zdrowiu, o finansach, o historii, o sztuce- co tam podejdzie, temat dowolny, myśl przewodnia jedna: ON MA RACJĘ. A co jak nie ma racji? Takie opcji nie przewidziano
I przypomniałam sobie, że jak miałam lat 20 to nieznosiłam 40latków i nie byłam w stanie nawet sobie siebie wyobrazić z żadnym, nie dlatego, że byli "starzy". Ich tępy upór i brak elastyczności i otwartości mnie tak odstraszał. Obecnie niestety rzeczywistość mnie dogoniła i obserwuję, jak zabawni i inspirujący jeszcze 10 lat temu faceci zamieniają się w starych pryków. Przypomniałam sobie, co myślałam 20 lat temu- wtedy miałam nadzieję, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i dobijając 40ki spojrzę na nich z innej perspektywy. Niestety to się nie stało.
Tak się chciałam wyżalić