Moje dziecko, lat 8, I klasa podstawówki. Od początku szkoły zataja info o uwagach (uwagi za brak zadania domowego, 1 uwaga za wyrywanie pani zeszytu przy wpisywaniu uwagi za brak zadania....). Nie sprawdzałam jej zeszytu codziennie, ja też nie lubię gdy mnie ktoś kontroluje, i myślałam że mogę jej zaufać, pytałam czy ma dla mnie jakieś info, czasem zaglądałam w poszukiwaniu jakiś informacji nt o której i gdzie coś tam, co dać dziecku na jakieś zajęcia, bo przekaz ustny mnie nie informował całkowicie i wtedy dopiero widziałam uwagi. Kredyt zaufania szlak trafił.
Dodam, że nigdy nie zrobiliśmy jej awantury o brak zadania, zatajała te uwagi OD POCZĄTKU. Jak wyszły na jaw, to za każdym razem miała przekaz, że to zatajenie jest gorsze, niż ten brak zadania, że to jest kłamstwo, że nie wolno wyrywać nauczycielce zeszytu, bo ona ma prawo wpisać jej uwagę. Były więc pogadanki, bez krzyków, może nieco nudne i zbyt dydaktyczne

ale skoro tak robiła, to trzeba było tłumaczyć, że tak się nie robi. To taki typ, że zawsze szklanka do połowy pełna, bez stresu, zawsze ok, jednocześnie strasznie gadatliwa i roztargniona, zapominalska. To mnie też jakoś uderza, bo skoro można nawijać o wszystkim, bez przerwy, to jak się udaje o pewnych rzeczach z premedytacją milczeć.
Dziś miała mieć wycieczkę szkolną, wczoraj się okazało, że zgubiła legitymację szkolną jakiś czas temu, na ostatniej wycieczce jakiś rodzic kupił jej dodatkowe bilety (!!!!), a dzisiaj pani w zeszycie napisała, że dziecku bez legitymacji trzeba dać dodatkowe bilety (no wstyd mi się zwyczajnie zrobiło...). Najlepsze (?), że do samego końca nie chciała się przyznać, próbowała mi wmówić że pani się domaga dodatkowych biletów, bo tamte, które jej dałam kilka dni temu, żeby zaniosła do szkoły, były złe.
Stwierdziłam, że tym razem nie skończy się na pogadankach, bo one nic nie dają. Jest mi cholernie przykro, bo myślałam, że łączą nas dobre relacje....A ona kłamie...
Dziś została w domu, nie jedzie na tę wycieczkę. W ramach konsekwencji kłamstwa - bo nie mam żadnej ochoty zrywać się rano i lecieć komuś po dodatkowe bilety, skoro ten ktoś uznaje, że okłamać mnie jest ok. No i nie mam czasu rano na takie sprawy - muszę jeszcze młodsze dziecko ogarnąć i zawieźć do przedszkola.
Mąż jest w delegacji, nie ma go na miejscu, poinformowałam go, też uznał że ma nie jechać na wycieczkę.
Jestem wku.....na na maksa. I zastanawiam się co mam myśleć i co robić. Bo wg mnie to już jest jakieś małe zdemoralizowanie...trzymanie 3 tygodnie konsekwentnie języka za zębami o legitymacji, a jednocześnie trajkotanie z uśmiechem o wszystkim. Oszukana sie czuję. przez własne dziecko. Słusznie?