Ematki, wbrew pozorom, to jest wątek psychologiczny. Tak mi się wydaje.
Byłam w tej lodziarni na Starowiślnej w Krakowie, wiecie,
tej, do której ustawiają się kolejki jak po mięso za komuny albo jakby tam coś za darmo dawali. Zjadłam sobie smakołyka - i byłam, powiem wam szczerze, zawiedziona. No, smaczny. I tyle. Żadnych fajerwerków ani niczego, co by usprawiedliwiało taki ogonek pod drzwiami. Ot, całkiem dobry lód. Taki... zwykły. Normalny. Aż się zdziwiłam. No ale może mi się receptory smakowe stępiły...
A dziś byłam w lodziarni, w której za małego (podstawówkowego) dzieciaka praktycznie codziennie jadłam lody. Chodziłyśmy tam po szkole z moją najlepszą przyjaciółką. Był tam taki fajny pan, co czasem dawał nam po gałce gratis
I wiecie... tego pana już tam chyba nie ma, bo już od paru lat go tam nie widziałam. Ale kurde, te lody nadal są najlepsze w świecie
I teraz pytanie do ematek:
a) czy to sprawa psychologiczna - innymi słowy, to nie te lody są takie dobre, tylko tak smakuje wspomnienie dzieciństwa,
b) czy naprawdę te lody są najlepsze na świecie?
Pozdrawiam w ten gorący dzień