Byłam wczoraj z babcią u dietetyczki.
Miałam 2,5 godz. wykładu lub kursu o tym, co mogę jej dawać do jedzenia. Węglowodany muszę mierzyć i wpisywać do specjalnego dzienniczka. Do tego samego, w którym zapisuję jej poziom cukru i podawanej insuliny.
Na razie jest tak - kazali jej zrezygnować całkowicie z nocnej insuliny, a cukier utrzymywać na poziomie 7-10. Teraz doszły te węglowodany. No i mam lekki osobisty problem. Bo gdzieś w pamięci mi się zapodziało, ile ona ich może dziennie jeść? 10? 20? 50? Dodam, że to osoba, która je bardzo dużo. Do tej pory, tak naprawdę miała dietę życzeniową - co chciała - dawałam. No mój błąd. Ja się naprawdę cały czas uczę tego wszystkiego.
Dziś zrobiła mi dziką awanturę. Nie może zapełnić szaf w swoim pokoju, ponieważ te szafy są niewypoziomowane. Gdy mąż wraca z pracy, to jest tak zmęczony, że ledwo na oczy widzi. W dodatku wraca mocno po godzinach, ale babcia nie rozumie tego. Ona chce już, teraz, natychmiast. W dodatku najmłodsza nie wytrzymała i jej odpysknęła: babciu nie wtrącaj się. Bo rzeczywiście babcia dała czadu z tą swoją krytyką i tak naprawdę to ja się dziecku nie dziwię, że jej tak powiedziało. Owszem, to było niegrzeczne, ale to jak sama babcia się odzywa, szczególnie do mnie, to zdecydowanie do grzecznych nie należy. Potem się usprawiedliwia, że to nie ona, to cukier przez nią przemawia.. Tyle że ona ma teraz cukier bardzo w normie..
Dietetyczka mówiła mi, że te węglowodany mają ogromne znaczenie w diecie. Dostałam trzy książki z instrukcjami, czytam je od wczoraj i nie wiem, no kurde nie wiem, ile ich mogę jej podawać.
Pomóżcie dziewczyny, bo ja za głupia jestem po prostu..