wstyd-zesie
10.09.15, 20:02
Syn słaby z angielskiego, a czeka go test szóstoklasisty. Postanowiliśmy zapisać go na kurs, ale w szkole językowej, do której chodzą koledzy, nie ma miejsc. Proponujemy inną szkołę albo korki, ale on się zaparł, że nie, i że on w takim razie pójdzie do rejonowego gimnazjum, bo angielskiego się nigdy w życiu nie nauczy. Szkoła z kolegami albo żadna.
Syn ma w końcu zdiagnozowaną dysleksję, bujaliśmy się z tym pół czwartej i pół piątej klasy, bo w PPP nie było terminów. Przyniósł od pedagoga do podpisania zgodę na terapię: "masz, podpisz, że jestem czubkiem, i tak nie będę tam chodził, bo to mi nic nie pomoże".
Do tego takie typowe nastoletnie załamki, że nie pójdzie do szkoły bo mu pryszcz wyskoczył i wszyscy się będą z niego śmiali, i że jest beznadziejny, i rzucanie zeszytem od matmy, bo nie wie, jak rozwiązać przykład, więc jest tępy i do niczego się nie nadaje. Mąż mówi: chodź, usiądziemy, wytłumaczę ci - nie, bo on się tego nigdy nie nauczy bo to jest za trudne.
I nic mu powiedzieć nie można, bo starzy się na niczym nie znają. Ja już nie mam siły.