Tak sobie pomyślałem, że może tutaj znajdę jakąś poradę co robić.
Taka historia. Dziecko 7-mio letnie, rozpoczęło naukę w SP. Już we wrześniu zaczęły się problemy. Ujawniła sie lekka agresja, która wcześniej nie była widoczna, pierwotnie była to obrona na ataki słowne i fizyczne, potem juz rożnie bywało. Z czasem doszły problemy z koncentracją, uczestnictwem na lekcjach. Dziecko na chwile obecna zdiagnozowane w PPP jako zaburzenia opozycyjno-buntownicze. Nadal w trakcie diagnostyki, neurolog, psychiatra.
W szkole trudna klasa, u innych dzieci przejaw agresji, dzieci ,,niespokojne"

Wychowawczyni do dziś nie ,,ogarnęła" dzieciaków. Część z nich robi co chce, pani rozkłada ręce. Jak to nazwali inni rodzice ,,pani nie rządząca sobie z dziecmi".
Opinia wydana przez PPP niewiele dała, wychowawczyni nie stosuje sie do jej zaleceń. Jedyne co robi, to pisze uwagę za uwagą, a to, że dziecko nie bierze udziału w zajęciach, nie słucha, wychodzi z ławki, z klasy, głośno mówi, hałasuje. Uwag od września cała masa, właśnie kończy sie zeszyt 16-kartkowy. Uwagi te nic nie wnoszą, rodzice kilka razy rozmawiali z nią o tym, prosili o inne podejście. Nic to, na swoje usprawiedliwienie zawsze mówi, że w klasie ma więcej dzieci i nie moze temu konfliktowemu poświęcać uwagi. Wynik jest taki, że dziecko często robi co chce, czasami wychodzi na korytarz i tam spędza samo część lekcji. Pani twierdzi, że on nie słucha, w ostateczności zaprowadza je do pedagog a do rodziców pisze ...uwagi.
Rodzice nie są obecni w szkole, więc nie moga na bieżąco reagować na pojawiające się tu trudności, zaś komentowanie ich po kilku godzinach w przypadku dziecka w tym wieku, zwłaszcza tego konkretnego dziecka mija się z celem (vide opinia z PPP) Zaproponowali zatem współpracę polegającą na wspólnych celach, pracy nad identycznymi cechami Dziecka, ale każde , nauczyciel-rodzic, na "własnym terenie", bez wkraczania nawzajem w swoje kompetencje. Nic to. I o ile my w domu rodzice sa w stanie zmotywować dziecko do pracy, o tyle pani w szkole nie.
Znajomi nie wiedza zatem jak dotrzeć do wychowawczyni, wszelkie rozmowy kończą się na stwierdzeniu, ze ona nie moze zajmować sie jednym dzieckiem. A przecież nikt od niej tego nie wymaga. Oczywiście, ze inne dzieci nie moga być zaniedbane kosztem jednego czy dwóch dzieciaków. Ale skoro jest opinia, są zalecenia to chociaż po części powinna sie zastosować i próbować pracować z dzieckiem odpowiednio. A tu nic. Uwagi.
Mało tego, ponieważ nie umie zająć sie dzieckiem na lekcjach, zmotywować do pracy w szkole, dochodzi do tego, ze przychodzi ono z plecakiem pełnym książek i kilkoma stronami do odrobienia w domu. Prac tych co na lekcji i tych zadanych do domu. Wynik? Często młody już zmęczony wieczorami płacze, nie chce odrabiać prac, zniechęca się. Niejednokrotnie nie robi wszystkiego bo po prostu po całym dniu nie ma siły. I tak w kółko. Pani nic nie robiące, masa uwag w dzienniczku i płacz wieczorami w domu. Masakra.
Może sa tu nauczycielki (i nie tylko), panie, panowie, którzy moga podpowiedzieć co robić, jak wpłynąć na zmianę podejścia nauczyciela do dziecka. I nie chodzi tu o zrzucenie całej odpowiedzialności w wychowaniu dzieciaka. Ale jesli nie będzie dobrej współpracy miedzy rodzica a wychowawca, to marna tu przyszłość się jawi. Rodzice na chwile obecna nie chcą skarżyć wyżej, mimo, że trwa to już ponad dwa miesiące. Szukają podpowiedzi, jak wpłynąć na wychowawcę.
Jeszcze jedno, psycholog w PPP też jest oburzony sposobem komunikacji (uwagami) i podejściem nauczyciela. Twierdzi, że to nie powinno tak wyglądać. Ale tak niestety się dzieje.
Co wiec doradzicie?