cud_bogini_w_bikini
04.11.15, 23:23
Mam taki ulubiony bar prowadzony przez starsze wiekiem małżeństwo. Jedzenie pyszne, tanie i szybkie, bo samoobsługa i wybiera się z aktualnie gotowych dań. Stolików z 10, ciągły ruch, właściciele przesympatyczni. I dzisiaj zgrzyt - siedzę sobie spokojnie a tu jakaś paniusia ciągnie na smyczy psa. Smycz długa, w drodze do baru pies przelatuje pomiędzy nogami siedzących. Nawet nieszczególnie zwróciłabym uwagę, gdyby nie to, iż na pytanie pewnej pani "czy ten pies musi tu wchodzić" właścicielka psa zjeżyła się i ostentacyjnie prychnęła "tak, a tak w ogóle to co to panią interesuje". Zamówiła i ulokowała się naprzeciwko mnie. Byłam zmuszona kończyć mając na widoku psa, który siedzi na kolanach i wyżera z talerza (nie, nie był to talerz jednorazowy). Punktem kulminacyjnym było nalanie psu wody do szklanki. Właściciele nie reagowali, w sumie nikt się nie skarżył i nie było reakcji poza tą jedną zgaszoną w zarodku. Zastanawiam się, czy jeszcze lubię tam jeść. Kurtyna.
A teraz pytanie do ematek - ile jesteście w stanie znieść jeżeli chodzi o psy i restauracje/bary?