atnajelo
09.08.16, 09:09
Taka sytuacja:
Dziecko chore, nie je i nie pije nic od dwóch dni. Po wizycie u lekarza okazuje sie, ze wyżynają sie zęby, spadła odpornośc na języku pojawiła sie wielka afta i nie jestem w stanie w żaden sposób zmusić go choćby do wypicia kropelki wody. Mąż w pracy, ja z synem w domu, serce mi pęka bo widzę jak cierpi i nie jestem w stanie pomoc. Na sile nic nie chce robić bo wtedy dochodzi do spazmatycznego szlochy...
I tu pojawia sie wątek matki:
Dzwoni, pyta jak mały. Wiec i ja przez łzy odpowiadam, ze zle, serce mi pęka bo nie mam jak pomoc, ze już dola mam okropnego bo od dwóch dni nic nie je, a ja nic zrobić nie mogę.
W odpowiedzi słyszę, ze mam sie wziąć w garść, ze ona tez miała chore dzieci i nie histeryzowala, ze dziec płacze napewno przez to ze i ja rycze.
I tu pojawia sie moje pytanie: z kim jesteście sie bardziej w stanie utożsamić i opowiedzieć kto ma wygórowane wymagania.
Ja oczekuje od matki słów wsparcia, otuchy, ze będzie dobrze, mały sie wykuruje i wszystko wróci na swoje miejsce. Sama z siebie wiem, ze tak będzie, ale zawsze raźniej znosi sie takie sytuacje gdy ktoś poklepie Cię po ramieniu.
A w zamian słyszę oschle weź sie w garść, przez Ciebie Twoje dziecko płacze.
Droga emamo, czy powinnam sie leczyć bo szukam dziury w całym?