Od niedawna, nie wiem dlaczego, bo ani się nie zmienilam zewnetrznie, ani nie zachowuje inaczej (no moze jestem bardziej z soba pogodzona, zsczynam siebie lubic i ogólnie tak pozytywnie do swiata nastawiona jestem - procz mamy rzecz jasna

, trzech facetów mnie powiedzmy podrywało. Wiem, ze nie chodzi o miłość, ani nawet zauroczenie, tylko o ciekawosc mnie i zwyczajny flirt. Mąż wie. Ze kazdemu z nich bez ogrodek wale, ze nie jestem zainteresowana, ze mam meza i dzieci.
To slabo zniecheca - zapewne dreszczyk emocji plus slawetne romanse z mężatkami. Dla mnie to zabawne i miłe, ale kompletnie nie ekscytujące.
No i chyba robilam błąd nie kryjac tego zainteresowania facetow - poprostu każdorazowo opowiadalam w ramach anegdotki.
I mąż najpierw powiedział, ze nie podoba mu sie, ze wogole odpowiadam / rozmawiam / kontynuuje znajomosc (w jednym przypadku łączy mnie z tym facetem moj interes i nie moge sobie pozwolic na zakonczenie znajomosci, poza tym ja nie robie nic, czego nie chciałabym zeby robił maz).
No a w piatek opowiedzial mi jak go podrywala laska w pubie. On oczywiście sie oparł i kazal jej spadac. A wczoraj podrywala go jakas mamuska na zajeciach sportowych dzieci.
Powiedziałam mu, ze wierze, bo jest atrakcyjny, ma to cos i ogólnie dochodzi do tego jakas tam pozycja i moze miec sporo kobiet, ale ze jesli mowi mi to, zeby mi zrobic na zlosc, to nie ma isc ta droga i chyba poprostu nie bedziemy sobie wzajemnie opowiadac o jakiejkolwiek formie zainteresowania ze strony innych.
Z fazy ukrywania wszystkiego i wichlaczenia, przy nim przeszlam do absolutnej szczerości i szczerze mowiac teraz wizja filtrowania szczegolow mojego zycia codziennego jawi mi sie troche jak takie rozchodzenie w dwie strony. I jest mi z tym zle.