Jaki macie pogląd na "blitzkrieg" w postaci następującej - pani poznaje pana (i vice versa), po kilku miesiącach znajomości ciąża, po kolejnych 2-3 miesiącach wymuszony okolicznościami ślub, no i..... No i co? "Żyli długo i szczęśliwie", czy wręcz przeciwnie ???
Dodam, że chodzi mi głównie o taki scenariusz w wykonaniu pań 30+ , gdzie nie jest on następstwem wpadki ani pioruna sycylijskiego, tylko eee..... no powiedzmy, że "nagłego porywu rozumu i serca" lub "zimnego wyrachowania w złapaniu rokujących męskich gaci" (proszę sobie wybrać stosowną wersję).
W znanych mi stadłach małżeńskich poczętych w ten sposób, po stronie takiej pani zazwyczaj krył się przysłowiowy trup w szafie (różne felery przeszłości od bujnego życia erotycznego aż po sponsoring, choroby psychiczne/ somatyczne/ zaburzenia odżywiania, materializm i chęć sczyszczenia nadzianego faceta z forsy, ogólny brak jakichkolwiek głębszych uczuć etc.). Ten trup oczywiście bardzo szybko wyłaził z szafy i zamiast motylków robiło się bardzo nieciekawie. Pomimo to, część ze znanych mi związków tego typu trwała później latami - przypominając związek Mariana Paździocha i Paździochowej ze "Świata według Kiepskich"