Dziewczyny, czytam was regularnie, widzę, że macie dobre pomysły/wspieracie/dajecie motywacyjnego kopa. Postanowiłam się zarejestrować, bo może coś mi napiszecie.
Szkoła podstawowa to był dla mnie koszmar - byłam klasową ofiarą, przy czym nikt fizycznie mnie nie dotknął, niczego nie zniszczył. Byłam "tylko" wykluczana, koleżanki scenicznym szeptem komentowały na bieżąco to co zrobiłam/powiedziałam, wznosiły oczy ku niebu. Nauczyciele nie widzieli/nie chcieli widzieć np. na wfie zawsze siadałam na ławeczkę, bo nikt mnie nie wybrał, pograć mogłam tylko wtedy, gdy nie było kompletu. Generalnie nie było dnia, żebym nie płakała - ale to w domu, nigdy przy klasie. Tam starałam się udawać, że to mnie nie wzrusza, aczkolwiek wielokrotnie przełykałam łzy. Z nauczycielami nie miałam szans o tym rozmawiać, bo potem od klasy "obrywałam" jeszcze bardziej. Z rodzicami nie chciałam rozmawiać, bo dawali mi odczuć, że to moja wina - skoro klasa dokucza, powinnam się zastanowić dlaczego i "coś" z tym zrobić. Do dziś nie wiem, dlaczego dziecku tak otwartemu, życzliwemu można tak dokuczać. Moją "winą" byli starsi rodzice - śmiano się z tego bardzo i głupie nazwisko - jako jedyna z klasy miałam okropne, od wulgarnie nazwanej czynności fizjologicznej - aż się dziwię, że rodzice nie wpadli na to, żeby ojciec przejął fajne, neutralne nazwisko matki. Minęło 25 lat a ja ciągle pamiętam takie akcje, że aż mi siebie żal - np. ognisko całej klasy - wisi lista, żeby się wpisywać, kto przyjdzie. Po tym jak się przełamałam i wpisałam wypisują się inni - zaczynają prowodyrki potem reszta na końcu słyszę - no widzisz, będziesz chyba sama, my nie możemy przyjść, baw się dobrze. Pamiętam jak płakałam po własnym komersie, kiedy to całe popołudnie przesiedziałam przy stole i nawet nikt nie zagadał. Kiedy wyszłam sobie trochę potańczyć natychmiast cała moja klasa - znów począwszy od prowodyrek postanowiła sobie odpocząć

Ale przykrości, nastawianie przeciwko mnie cały czas - dzień po dniu. Co dziwnego rozmawiałam z niektórymi w relacji 1:1, przy czym te same osoby bały się odezwać do mnie przy prowodyrkach - 4, 5 dziewczynach.
No i teraz 25 lat po zakończeniu szkoły podstawowej. Nie miałabym ochoty pójść, ale spotkałam się przypadkowo z osobą z klasy, z którą rozmawiałam właśnie w takich relacjach 1:1 i zapytałam mnie, dlaczego nie mogłam przyjść. Wiem, że moja klasa spotykała się nieformalnie co jakiś czas ale teraz było spotkanie z wychowawczynią, która odczytywała listę - a przy moim nazwisku jedna z klasowych gwiazd wykrzyknęła, że nie mogłam przyjść.
I wiecie co, nie mogę mieć satysfakcji, że tym gwiazdom się nie udało - że teraz są jakoś na marginesie społeczeństwa. Pracują w normalnych zawodach - jedna w banku, inna została lekarzem, jeszcze inna nauczycielem akademickim. Z kolejną spotykam się czasem w przychodni, bo tam pracuje. No i właśnie - powiedziałybyście co myślicie o nich po latach? Wulgarnie - zniżając się do ich poziomu czy udawałybyście znów, że przecież nic się nie stało. Nie wiem, może mimo to, że jakoś poukładałam sobie szczęśliwe życie nie wyrosłam z syndromu ofiary? Wiem, że to, co działo się w podstawówce rzutowało na całe moje życie i prawie wszystkie wybory.