No to wrocilam. W sumie 28 dni, 6800 kilometrow (bylam jedynym kierowcą), jeszcze nie policzylam, ile w sumie na co wydałam, ale jak ktoś zechce, to policze.
Jechałam przez Serbie i Macedonię, bardzo pouczające, zwlaszcza dla eurosceptyczek (i sceptykow).
Dotarlam na samo południe Peloponezu, do Monemvazji, dla której cale to przedsiewziecie zorganizowalam.
Ominełam Chalkidiki i Rivierę Olimpijską, zahaczylam o Gory Pindos i wąwoz Vikos, zatrzymalo mnie w Arcie oczekiwanie na szybe, ktorą ktoś wybił w Leukadzie, zgubilam GPS pod mostem Rio-Andirio i musialam się ratować Google Maps, co owocowało paroma zabawnymi zdarzeniami, przeżylam autentyczne uniesienie w drodze przez Arkadię, ktora okazala się taka jak w poezji, odkrylam ponury i fascynujacy połwysep Mani, dalam sie przez parę dni rozpieszczać polsko-greckim przyjaciolom, i o malo sie nie zabilam na autostradzie pod Budapesztem. Ale zyje - trochę zmeczona, bardzo wypoczeta, szczęsliwa, wakacje zycia.
Pytajcie o co chcecie, mam poczucie, że aby Grecję zwiedzić trzeba by co najmniej trzy razy tyle czasu, ale z drugiej strony wiele widzialam i wiele doświadczylam i mam jakieś pojecie o tym kraju i ludziach, i bardzo chce wrocic