wczoraj w lidlu spotkaliśmy (ja i 11latek i 8latka) chłopca bez rąk.
i córka jakoś mało dyskretnie spytała, co temu chłopcu jest. spytałam ile ma lat i że dokończymy rozmowę później.
już w aucie wytłumaczyłam, że przecież znają wiele upośledzonych fizycznie i psychicznie dzieci - chodzą do szkoły może nie integracyjnej, ale przyjmującej dzieci na wózkach, o kulach, z różnymi fizycznymi niedowładami itd.
są też dzieci z autyzmem, z adhd i takimi tam.
szkoła jest normalna

publiczna, tyle że otwarta
w każdym razie mój aspergerowy syn pociągnął temat, spytał jak to się dzieje, że takie dzieci się rodzą. mówię więc, że część takich wad typu brak kończyn powodują różne leki stosowane w czasie ciąży, kiedy się jeszcze o niej nie wie, czasem przypadek, czasem geny, czasem poprostu tak jest i już.
i że medycyna idzie do przodu, za jakiś czas dziecko będzie mieć protezę, albo przeszczep itd.
no i tak mnie coś tknęło i pytam go co w takim razie by zrobił, gdyby się dowiedział, że będzie mieć takie dziecko.
a on, że to zależy jakiej kończyny by miało nie mieć. zaciekawił mnie. i poprosiłam o rozwinięcie.
no bo jakby nie miał nóg, to luz, bo są wózki inwalidzkie, ale tak bez rąk, to chyba by wolał , żeby dziecko się nie urodziło, bo to ciężko bez rąk.
więc mu się pytam, czy jakby się urodził bez rąk, to wolałby się nie urodzić, czy urodzić i mieć protezy, przeszczep, ale ŻYĆ.
I to go ruszyło.
Wbrew pozorom takie sytuacje są świetną okazją do budowania jakiegoś światopoglądu u dzieci.