Chwalę się: mój syn zdał egzamin na żółty pas w karate, to 6 kyū. Egzamin ponadgodzinny, bardzo szczegółowy technicznie, z prezentacją kata (to takie układy obrony i ataku wykonywane solo) i z kumite tj. walkami z bardziej zaawansowanymi uczniami, żeby zaprezentować określone techniki. Trochę się młody stresował, bo nie wszyscy zdają za pierwszym czy drugim podejściem, ale obyło się bez obciachu, zdał płynnie i - jak powiedział nam sensei/instruktor - wszedł na inny poziom treningów.
Przy okazji zobaczyłam jak dziubdziuś jest rozciągnięty i zadaje kopnięcie okrężne na głowę dużo wyższemu przeciwnikowi.

Teraz, po kilku latach - co wychodzi praktycznie na każdym wf-ie - widać jaka jest przepaść w sprawności fizycznej między dziećmi, które nic nie ćwiczą, a tymi trenującymi regularnie. To są różne światy pod względem kondycji, sylwetki, kontaktu z własnym ciałem i syn to dostrzega coraz bardziej.
Młodsza ćwiczy od września, też miała swoje egzaminy i przynajmniej na razie bardzo chce chodzić, więc w sumie możemy sobie zrobić mały domowy fight club.
W każdym razie warto było odprowadzać, przyprowadzać, wozić na egzaminy, płacić za zajęcia, zachęcać etc.