Tak żeby trochę rozluźnić atmosferę
Zacznę od siebie

Ja praktycznie zawsze miałam zagospodarowane prawie całe wakacje, obowiązkowo obóz nad morzem, jakiś wyjazd zagraniczny, potem jakieś tam z babciami, ciotkami, rodzicami etc. Wszystkie w zasadzie były udane, ale najlepsze wspomnienia mam z mojego pierwszego samodzielnego wyjazdu na obóz
To był wyjazd na obóz pływacki nad Solinę, wyjazd był ze szkoły do której się właśnie dostałam (tak w te wakacje kończyłam dopiero 7 lat

). obóz był w głuszy, na cyplu, po żarcie trzeba było pływać do Polańczyka łódką, a jakże, wiosłową. Spaliśmy w wojskowych namiotach, były drewniane podłogi i prycze. Kible, stołówka też były pod namiotem. Menażki i gary po posiłkach myło się piaskiem w jeziorze (jeszcze wtedy woda była czysta

) Siebie zresztą też. Matka spakowała mi wielką torbę, której nie miałam siły podnieść, do obozu przytargał mi ją ratownik, ale nie powiem, żebym oprócz bielizny jakoś szczególnie z tych rzeczy korzystała

Byłam maskotką obozu, wszyscy pozostali uczestnicy mieli po kilkanaście lat, w moim wieku był tylko syn pielęgniarki, więc bawiliśmy się razem. No i cała ta młodzież była naprawdę w porządku, opiekowali się mną, w grach chętnie brali do drużyny mimo, że wiadomo, że pożytku ze mnie żadnego

zabierali na łódkę po termosy z żarciem, to i po Solinie sobie popływałam

Były nocne warty, piosenki przy ognisku, zabawy terenowe w lesie, jaszczurki biegające po namiotach, którym, jak się przestraszyły odpadał ogon. Pływać można było w zasadzie cały czas, bo jak się łatwo domyśleć cała kadra, to byli ratownicy, więc zawsze jakiś siedział na plaży. No i przez bite 3 tygodnie była przepiękna pogoda.
Rodzice, pełni obaw przyjechali sprawdzić jak sobie radzę (telefonów tam żadnych nie było), a ja w ogóle nie chciałam z nimi siedzieć, bo wolałam obozowe atrakcje, no to sobie pojechali
Żaden inny z moich wyjazdów, nawet tych najbardziej egzotycznych nie umywa się do tego. To były moje wakacje życia