Zaliczyłam dziś opad szczęki, tym bardziej po tych wszystkich wątkach o Dominice.
Tutejsze psychiczne będą mi to wyrzygiwać, ale nie dbam o to, bo liczę na konstruktywne rady zaprawionych w bojach z wagą.
Otóż idziemy sobie dzisiaj z córką na dłuższy spacer, mijamy jakiś zamknięty sklep (co jest istotne, bo rolety spuszczone i doskonale widać przechodzących w szybie). Idzie moja wysoka, szczupła, wyprostowana królewna - znalazły z dziewczynami jakąś aplikację z ćwiczeniami i od kolonii ćwiczą, i się dopingują, więc w ogóle krok sprężysty itp. Podziwiam królewnę - a tu za nią człapie niechlujnie jakaś ropucha: stara, gruba baba, z wywalonym cycem, brzuszkiem i zadem. Aż się wzdrygnęłam od tego kontrastu. No i uwaga, przyglądam się uważniej - ta ropucha to JA.
To, że nie jestem w stanie za bardzo schudnąć od urodzenia młodej, to wiem. Że mam problemy zdrowotne, to wiem. Ale załamałam się swoim wyglądem. Dziecko niedługo zacznie się mnie wstydzić

. Nie jem słodyczy, nawet ciasto piekę sporadycznie, chodzę w miarę możliwości na długie spacery, wczoraj zrobiłyśmy 9 km, tak chodzimy co najmniej raz w tygodniu.
Mam wrażenie, że nadmiernie intensywne ćwiczenia mnie po prostu zabiją

. Może macie pomysły na coś, co nie wyrwie stawów starej babie i nie spowoduje wylewu, a sprawi, że zacznę chudnąć... Aha, jestem raczej elastyczna pomimo tuszy, nie mam problemu, żeby dotknąć podłogi całymi dłońmi, robię brzuszki itp.