Wczoraj jedna moja psica odmówiła obiadu. OK, czasem jej się zdarza, zjada później, pod wieczór. Poszłam na spacer. Mela jakaś powolna, ale ona na ogół mało ruchliwa jest. Wróciłyśmy, proponuję jej ten niezjedzony obiad - odwraca się ze wstrętem. O, myślę sobie, niedobrze. Zatem próba ostateczna: grudka smalcu ze skwarkami - to samo! (a kocha skwarki i słoninę, najlepszy jej przysmak).
No to już wiedziałam, jeszcze dotknęłam nosa, obmacałam - gorąca, dziąsła - blade. Ja też zbladłam. Babeszja.
Tak jak stałam, psa pod pachę i w samochód. Krew do badania, imizol w zastrzyku, kroplówka. W drodze powrotnej zwymiotowała, ale w domu poczuła się lepiej, gorączka spadła. Noc przespała - ja nie, bo cały czas na nią patrzyłam, czy się jej nie pogarsza.
Rano zbawczy telefon od pani doktor - wyniki są dobre, mimo stwierdzenia we krwi babesia canis, nie ma anemii ani uszkodzeń wątroby, morfologia w absolutnej normie. Ufff... Wreszcie mi nerwy odpuściły. Dzisiaj po południu znowu wizyta, antybiotyk + steryd+ osłona+ tabletki do brania w domu. Dieta lekkostrawna, za 6 tygodni badanie krwi.
Przy okazji dowiedziałam się, że fipronil to gó..., a ja głownie tym je pryskam

Kompletnie nieskuteczny, bo stosowany jest od ponad 30 lat w rolnictwie i kleszcze się na to uodporniły.
Od razu nabyłam preparaty nowszej generacji, skuteczniejsze. Podobno

No i morał jest taki: JEDYNY skuteczny sposób uratowania psa z babeszji to błyskawiczna reakcja. Mela dostała imizol jakieś dwie godziny od pierwszych widocznych objawów - pierwotniak został wybity zanim zdołał zrobić szkody w organizmie.
Piszę ku przestrodze, bo jesienny sezon kleszczowy już się rozpoczął.