musiałam dzisiaj zawieźć pewnej osobie coś ciężkiego. zaparkowałam pod jej wejściem, tak żeby nie tarasować chodnika i żeby zapewnić przejazd autom - wąska uliczka osiedlowa.
stawałam tam setki razy i stają tam również mieszkańcy. przejazd jest wąski, ale jest. zakazu nie ma.
nikt nigdy nikomu nie zwraca uwagi.
to już taki zwyczaj.
to tak tytułem wstępu, żeby nie było, że zaparkowałam byle jak, byle gdzie i bezmyślnie.
no i wysiadłam z auta, obeszłam je, żeby wyciągnąć to ciężkie coś z bagażnika (osoba, której to wiozłam już do mnie schodziła). Wyciągnęłam to coś (spory karton), chcę postawić na chodniku, ale słyszę syrenę i widzę, że nadjeżdża tą uliczką wóz strażacki.
otworzyłam więc drzwi, wsadziłam to ciężkie coś i chcę dojść do drzwi kierowcy, żeby zrobić więcej miejsca.
ale wóz mnie nie przepuszcza, tylko próbuje przejechać obok mojego auta. no więc stoję i czekam, a ten zaczyna trąbić jak po...any.
tyle, że drzwi kierowcy mi zablokował, bo już zdążył się wpakować na ich wysokość.
i trąbi.
i strażak przez okno: "trzeba myśleć jak się parkuje"
a ja: "trzeba myśleć, jak się jedzie"
jakoś się przecisnęli, ale ciśnienie mi podnieśli.
imbecyle.
ps. nie paliłam papierosa